Szkic o barierach

- Niech opowie mi Pan o tych barierach - poprosiła smukła dama siedząca naprzeciwko niego. Wydawała się teraz pełna władzy i wiedzy, a jednak zaciekawiona i zainteresowana w jakiś sposób jego osobą.

Spojrzał na nią, zastanawiając się chwilę nad tą sytuacją. Byli w jej gabinecie, skromnie urządzonym, a jednak czuł się tutaj jak gdyby był w odpowiednim miejscu. Właściwie jedyny wystrój, nie licząc foteli, biurka i jakiejś szafy, to były dwa czarno białe obrazy z jednym wyróżnionym kolorem - czerwonym. Pierwszy przedstawiał różę, której kolor kwiatu bardzo wyróżniał się na pozbawionym barw tle. Drugi, bardzo podobny, przedstawiał kwiaty maku.

Jedną z pierwszych rzeczy, którą zauważył po wejściu tutaj był czerwony kolor. Wszystko poza nim stanowiło stonowane tło. Łagodne kolory ścian, niczym niewyróżniająca się podłoga i zwyczajny, biały sufit. I w tym wszystkim te obrazy, oraz obite czerwoną tapicerką fotele. No i ona, jego przewodniczka, siedząca tu, również ubrana w czerwony kolor. Była jedynie po to, aby doradzać, mówić mu co ma robić w sytuacjach, z którymi nie umiał sobie poradzić.

- Musi mi Pani najpierw całkowicie zaufać - odpowiedział. - Spróbować nie bać się mnie I nie przerywać, gdy będę mówił - dodał po chwili.

- Dobrze - zgodziła się, rzucając mu oczyma wyzwanie do walki.

- Pierwsza granica - nie dał się tak łatwo zbić z tropu - to zwykłe “Proszę Pana, proszę Pani”. Ustalone gdzieś już wcześniej, stworzone, aby trzymać dystans od drugiego człowieka. Dopiero, gdy kogoś poznamy, i niejednokrotnie polubimy - dopiero wtedy pozwalamy sobie bardziej spoufalać. To jest i musi być pierwsza granica którą przełamię. Dobrze, Magdo?

Otworzyła usta, aby coś powiedzieć, po czym szybko zamknęła je i ciągle utrzymując z nim kontakt wzrokowy, przytaknęła głową.

- To dobrze. Bo widzisz, często nie tak łatwo jest pozwolić drugiej osobie na swobodne używanie bardziej bezpośrednich form. Szczególnie w sytuacji, gdy wyraźnie jest pokazane, kto jest ważniejszy. Teraz mamy sytuację typu pacjent-lekarz. To oczywiste, że jesteś ważniejsza, a ja muszę się Ciebie słuchać. Przekroczenie tej niby niepozornej granicy, stawia mnie bardzo blisko Ciebie. Chociaż jest jeszcze jedna granica bardzo wyraźnie pokazująca, kto tutaj jest ważniejszy - dokończył wstając. Rozglądnął po pomieszczeniu ogarniając wzrokiem stojące przed nim biurko, jakieś pojedyncze dokumenty, oraz monitor, wszystko zwrócone w kierunku jego psycholożki.

- Druga granica jest bardzo fizyczna. Ty siedzisz tam, a ja tu - powiedział pokazując palcem na ich fotele. Co jest w tych dokumentach, które leżą przed Tobą? Co wyświetla się na ekranie monitora? Muszę się raczej domyślać, a Ty to wiesz, to daje Ci przewagę - dokończył zdanie zaczynając obchodzić stojący między nimi mebel.

- Musze ją przekroczyć - zaczął mówić, stając przed jej fotelem. - Zbyt wyraźne określenie w sposób podprogowy tej naszej drobnej hierarchii jest ostatnią rzeczą, która nam przeszkadza być na tym samym poziomie. Z tego samego powodu musisz też wstać - rozkazał tonem głosu nieznoszącym sprzeciwu. Posłuchała go. Stali teraz w odległości zaledwie kilkunastu centymetrów od siebie. W końcu mógł zobaczyć ją dokładnie, z bliska. Krótkie blond włosy opadały lekko odgarnięte za okulary. Cera trzydziestopięcioletniej kobiety nie była jeszcze zniszczona, jednak było już widać sporo zmarszczek, szczególnie w okolicach oczu. Poza tym sprawiała wrażenie raczej ładnej.

Podniósł ręce i dotknął jej okularów.

- Musze je zdjąć - powiedział, podnosząc je lekko i powoli z jej nosa. - Fizycznie odgradzają moje oczy od Twoich.

Ponownie otwarła usta, żeby coś powiedzieć, jakby chciała lekko zaprotestować, jednak tym razem położył palec na jej ustach i nie czekając na reakcję spojrzał prosto w oczy i od razu powiedział

- Trzecia bariera jest społeczną barierą dotyku. Ewolucja nauczyła nas, aby nieznajomych trzymać na dystans, nie pozwalać podejść im zbyt blisko, w końcu tak jest bezpieczniej. Natomiast nigdy nie wiesz, jaki człowiek ma wobec Ciebie zamiar dopóki nie położy ręki na Twoim gardle - mówiąc to szybko przełożył rękę z jej ust na szyję, podnosząc ją lekko w górę i ściskając. Jęknęła pod tym dotykiem i spróbowała się wyrwać, przerwał jej tę próbę słowami - Popatrz mi w oczy - natychmiast posłuchała, chociaż ręka chłopaka stojącego naprzeciwko wciąż ściskała jej gardło. Popatrzyła w głębie jego oczu i od razu zrozumiała, czego pragnie, czego oboje pragną. - Musisz mi ufać - powiedział. - Tylko w ten sposób przełamiemy wszystkie bariery.

Zwolnił uścisk a ona natychmiast zaczęła gwałtownie nabierać powietrza. Jednak jego ręka została na jej szyi, tylko przesunęła się na jej tył, poczuła palce przebiegające szybko po kręgach szyjnych i gwałtownie łapiące za jej krótkie, blond włosy. Pociągnął ją, lekko, lecz stanowczo odciągając głowę do tyłu, przybliżył się na odległość ledwo kilku centymetrów, i patrząc prosto w oczy rzekł

- Ostatnia bariera, bariera pożądania. Zbyt rzadko robimy to, na co mamy ochotę.

Przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował.


Pierwszy skok w nieznane

Ktoś musi być pionierem. Cokolwiek by się nie wydarzyło, to musi być jakaś pierwsza osoba, która zrobi to jako pierwsza. Nie jest to jakoś specjalnie odkrywcza teza. Jesteśmy pionierami.

Jest rok 2132. Ludzkość dotarła daleko, dużo dalej, niż jeszcze sto lat wcześniej mogła sobie wyobrazić. Osobiście jestem zbyt młody. Zbyt młody, żeby pamiętać te piękne lata: rok 2034 i pierwsze samodzielnie działające kolonie na Marsie... Piękne plany, kolejne planety. To zaskakujące jak dużo udało się osiągnąć mimo wojennej zawieruchy. Jeszcze w latach 30' XX wieku Einstein twierdził, że niezależnie od tego, na co będzie III wojna, to IV będzie na patyki i kamienie. Nie sprawdziło się. Przyszła jedna wojna, i druga... czyli trzecia i czwarta, a nikt nie użył broni atomowej. Bo po co? Skażone tereny trudniej kontrolować, poza tym zwiększa się nagonka opinii publicznej... Natomiast ówcześni pionierzy nowych ziem już byli poza Ziemią. Na szczęście, i równocześnie nieszczęście. Początkowo wydawało się im, że oszukali przeznaczenie uciekając od bomb i pocisków. Jednak cięcia w budżetach i bardziej pilne problemy sprawiły, że nie udało się posłać wszystkiego, co potrzebowali w nowym miejscu.

A dobrze wiemy, jak długo jest w stanie przeżyć człowiek na innej planecie, nie mając jedzenie ni picia.

Wracając do nas.

Jesteśmy pionierami. Nie kolonizacji nowych planet, to się udało długo przed moimi narodzinami jeszcze w XXI wieku. Mając 34 lata jestem już doświadczonym Podróżnikiem. Odkrycie i rozwinięcie nowych typów silników w połowie ubiegłego wieku sprawiło, że podróż do naszej najbliżej kolonii na Marsie skróciła się z 4 lat do dwóch miesięcy. Wystarczająco krótki czas, aby móc przebyć tę trasę kilka razy w życiu. A nowe techniki mają pomóc jeszcze bardziej skrócić ten czas. Do kilku sekund...

Właśnie! Bo przecież jesteśmy pionierami!

Ale nie kolonizacji planet, to się udało długo przed naszymi narodzinami. Nawet nie pierwszych kontaktów z innymi rasami. Nagrania z pamiętnego 11 października 2068 roku do dziś wzbudzają dreszcze. Ziemianie - głosili zadziwiająco do nas podobni Obcy - Przybywamy w pokoju. Pozwólcie się pojednać. Obserwowali nas długo, tylko nie ujawniali się czekając, aż sami do pewnych wniosków dojdziemy. I słusznie. Bo errae humanum est. Człowiek skazany jest na popełnianie błędów! I tylko na takich przez nas popełnionych, najlepiej się uczymy. Zresztą, do dziś wielu rzeczy nie nauczyliśmy się. Chociaż Obcy pionierzy przybyli wymienić się wiedzą, to oficjalnych spotkań było ledwie parę. Zawsze pojawiali się nagle, i tak samo szybko znikali. Nie namierzeni przez radary, nie wykryci przez nikogo z Ziemi. Potrafili przerazić, tak jak to było w 2099, gdy nagle rakieta pojawiła się znikąd w trakcie transmisji meczu piłki nożnej...

Ale wracając do tematu - jesteśmy pionierami.

Nie byliśmy pierwsi na nowych planetach, nie pierwsi budowaliśmy miasta w nowych miejscach. Nie pierwsi rozmawialiśmy z innymi rasami, z tymi spoza naszego systemu gwiezdnego. Do wielu rzeczy nie udało nam się być pierwszymi. Zapewne niejeden żałował. I chociaż marzenia o byciu Kolumbem już dawno nierealne... to czy na pewno?

Bo jesteśmy pionierami podróży w czasie.

Albert Einstein przedstawiał swoją teorię względności jeszcze początkiem XX wieku. Okazywało się, że czas nie jest stały. Może biec raz szybciej raz wolniej, w zależności od zagięcia czasoprzestrzeni. Z tych rozważań można było dosyć łatwo teoretycznie udowodnić istnienie takich obiektów jak tunele czasoprzestrzenne. Równie łatwo można było teoretycznie wyliczyć potrzebną energię na sztuczne stworzenie takiego - co sprawiło, że równie szybko jak ta forma transportu zyskała na popularności - równie szybko straciła. Bo skąd wziąć tu energię porównywalną do tego, co wytwarza 80 słońc przez rok?

Rozważania oczywiście były prawdziwe, i jak każde prawdziwe rozważanie miały gdzieś lukę. W tym przypadku luką była stabilność czasowa. Szalone tezy niejakiego Izajasza Monachijskiego z połowy XXI wieku były jeszcze bardziej przełomowe, niż to, co robił sto pięćdziesiąt lat wcześniej Einstein. Stabilność czasowa, a właściwie jej niekonieczne istnienie, było czymś tak szalonym, że nie mogło działać. A jednak jesteśmy tu...

Rozważając podróże w czasie natrafiamy na problem zabójstwa ojca. Wszak gdybym cofnął się do czasów sprzed swojego poczęcia i zabił jednego z rodzicieli, to nie mógłbym się narodzić - więc nie mógłbym się cofnąć w czasie by zabić rodziciela, więc mógłbym się narodzić... co jest oczywiście wewnętrznie sprzeczne (...). Ów pozorny paradoks tak bardzo zawładnął umysłami uczonych, że do dziś ciężko im pokazać, że może być inaczej. Wszak to, co nazywamy cofaniem się w czasie, jest tylko pozorne. Dla osoby, która znalazła się, dajmy na to, pięćdziesiąt lat przed swoimi narodzinami, cały świat będzie słusznie uważał, że jest rok, dajmy na to, 2017. Oczywiście będą mieli rację! Czy to jednak oznacza, że jeśli bym w tym roku zabił swego ojca, to czy nie mógłbym się narodzić, więc nie mógłbym go zabić? Oczywiście, że nie! Co więcej, już po samym "cofnięciu się" w czasie, jestem w zupełnie innym miejscu*, niż to, w którym byłem, zanim podjąłem próbę cofania się. Akcja ta sprawiła, że teoretyczna oś czasowa całego świata pokazuje wartość mniejszą, niż jeszcze chwilę wcześniej. Ale nie moja. Moja idzie wciąż do przodu, bo tylko tam może

* miejsce - rozumiemy tutaj jako unikalną czasoprzestrzeń, rozróżniając czas na trzy wymiary, jak to jest udowodnione w Lemma de Tempo XXI s. 217 (przyp. aut.)

Tak więc jesteśmy tu - pionierami. Jako pierwsi korzystający z pięknego efektu niestabilności czasowej. Gdy cofniemy się o 10 lat, to nie będziemy w tym czasie co byliśmy tutaj 10 lat temu. W końcu w tym czasie, w którym żyliśmy do tej pory byliśmy tylko my, a nie my i nasze kopie. Cofając się sprawiamy, że czas idzie do przodu, nasz czas, natomiast czas otoczenia się zmienia. Rozbudowana dylatacja. Bardzo rozbudowana. Gdyż ta sprawia, że nagle znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, do której przywykliśmy. Takim sposobem zapisywanie numerów totolotka, czy obstawień buchmacherskich nic nie pomoże, w końcu losowania wykonają się jeszcze raz, i wyniki będą inne niż wcześniej!

Przynajmniej w teorii.

Praktykę mieliśmy sprawdzić.

Spojrzałem na swoją ekipę. Trzech przedstawicieli rodzaju ludzkiego oraz jeden Ashakaain. Im, mimo zdobyczy technologicznych w przemieszczaniu się o całe galaktyki w mgnieniu oka, nie udało się okiełznać czasu. Była to piękna okazja, do sprawdzenia się w nowym świecie, i do podania wyciągniętej dłoni do innej rasy. Kolejny raz. Tym razem w końcu pozytywnie zaskakując.

Gdyby tylko wiedizeli, że to podróż w jedną stronę. Że nigdy nie dowiedzą się, czy się nam udało. Praktyka. tak różna od teorii.

Jesteśmy pionierami. Pierwszymi, którzy cofnęli się w czasie.

Na zegarze mamy 7 czerwca 1995. Co nam z tego przyjdzie? Czy uda się odmienić los?

Zobaczymy.

Ciąg dalszy nastąpi.


Z pamiętnika kogoś innego

W samotnym tramwaju
Na dróg rozstaju,
snują się zjawy i nocne mary,
które żyjące sprawiają koszmary.
Ciemną nocą, spokojne jak ludzie,
siadają w tramwajach tu i owdzie.|
Nie patrz na nich katem oka
inaczej spłynie z ciebie krwawa posoka.
Gdy zaś dojdzie do spotkania wzroku waszego,
wiedz ze to koniec istnienia wszelkiego,
z takiego tramwaju nie wyjdziesz cały,
pochłoną cie mary i ich ofiary.

~ Pani E ~

Jeszcze z rana nie spodziewałem się, że dzień skończy się w tak wspaniały sposób. Wstałem z łóżka i dokładnie go pościeliłem, następnie zrobiłem śniadanie - proste kanapki, w każdej znajdowało się dokładnie półtora plasterka sera i 2 plasterki szynki. Talerz od razu umyłem - nie potrafię znieść nieporządku. Wszystko musi być idealne. Nie ma miejsca na żadne niedociągnięcia. Niedokładnie poskładane ubrania, czy niedopasowany element wystroju irytował mnie mocno. Bardzo mocno. Szczególnie, gdy nie mogłem tego zmienić. Nigdy nie miałem przez to przyjaciół - na dłuższy czas nikt nie mógł ze mną wytrzymać. Nikt nie chciał też wysłuchiwać opowieści o moich najskrytszych pragnieniach - gwałtach i morderstwach, dlatego całe życie coraz mocniej zamykałem się w sobie, skrywałem się przed światem. W końcu inni ludzie nie byli mi do niczego potrzebni. Wolałem spędzać czas w samotności, niż z kimkolwiek.

Matka alkoholiczka nigdy nie zauważyła, że coś jest nie tak. Piła od śmierci ojca, czyli w zasadzie od kiedy pamiętam. Bo w zasadzie jego śmierć to pierwsza rzecz z swojego życia, którą pamiętam. Dla sześciolatka taki widok jest niemożliwy do zapomnienia. Tego dnia nic nie zapowiadało tragedii. Ciepły, słoneczny, październikowy poranek, ojciec ciął drzewo na opał, na zimę. Mieszkaliśmy wtedy na wsi tak bardzo oddalonej od cywilizacji, że nikt z ludzi, których potem poznałem, nie miał pojęcia, gdzie to może być. Do najbliższego miasta (swoją drogą niewielkiego, niecałe 14.000 mieszkańców), było 36 kilometrów. Raz w miesiącu pokonywaliśmy tą trasę by kupić potrzebne rzeczy i sprzedać to, co sami wyprodukowaliśmy - przede wszystkim mleko i miód. Nie było z tego wielkich pieniędzy, był to w zasadzie dodatek do tego, co ojciec zarabiał jako leśniczy i drwal - w końcu jedynymi rzeczami, których dookoła było pod dostatkiem, były drzewa. Las otaczał nasz dom w zasadzie z dwóch stron, z trzeciej był malowniczy widok na pola. I właśnie przez ten las wydarzyła się tragedia 14 października 2021 roku. Ojciec korzystając z piły spalinowej przycinał jedno z zwalonych przez wichury sprzed dwóch tygodni drzewa. Była to praca, którą wykonywał dosyć często, a ponieważLas drzewo znajdywało się tuż obok domu, bawiłem się w pobliżu. Co dokładnie się stało pamiętam jak przez mgłę - zajęty byłem czym innym, zwróciłem na niego uwagę dopiero, gdy usłyszałem bardzo głośny krzyk. Spojrzałem w jego stronę i zobaczyłem coś, co przez wiele lat później nawiedzało mnie w koszmarach sennych - ojca z oderwaną do połowy ręką, z której wystawała kość, a która reszty ciała trzymała się w zasadzie tylko na resztkach mięśni. Oraz krew. Pełno krwi. Czas stanął dla mnie w miejscu i nie wiem ile czasu dokładnie minęło, w każdym razie następne co pamiętam to jak biegłem w jego stronę krzycząc na zmianę "tate!" oraz "mame!", niestety, byłem zbyt młody, by mogła mnie usłyszeć. Zresztą zanim zdążyłem do niego dobiec - już nie żył. Spojrzałem na niego ostatni raz i zobaczyłem widok, którego nigdy nie zapomniałem - częściowo oderwaną rękę, kość na wierzchu, a to wszystko we krwi. I oczywiście oczy ojca - bez życia wpatrzone w niebo nad nim. Ostatnie co pamiętam, to, że próbowałem do niego coś powiedzieć, nie do końca rozumiałem, że on może nie żyć. Był dla mnie najważniejszą osobą i największym autorytetem. Ostatnie słowa - "tate, obudź się, wstań.." mówiłem już do trupa.


Nie wiem, czy matka usłyszała krzyk ojca, mój płacz, czy raczej przybiegła targniona przeczuciem, ale nie pamiętam, żeby powiedziała chociaż słowo. Wiedziała, że on nie żyje, i płakała tak głośno, że wciąż jeszcze słyszę ten płacz w swojej głowie. Nigdy nie pozbierała się po tym wydarzeniu, i chociaż minęło już prawie 12 lat, ona tylko piła i piła, nie pamiętając, że ma syna. I chociaż potrzebowałem w tamtych latach pomocy, osoby, z którą mógłbym porozmawiać, nigdy jej nie uzyskałem. Musiałem sobie radzić sam (a w zasadzie nie radziłem sobie). Musieliśmy się wyprowadzić z naszego pięknego domu do brudnego i starego mieszkania, gdzieś w środku jeszcze brudniejszego miasta. Pieniądze ze sprzedaży posiadłości, które mieliśmy mogły wystarczyć na wiele lat, jednak nie na wieczność, szczególnie, że matka przepijała całe dnie, wyglądając coraz gorzej. Jakimś cudem nie wyleciałem ze szkoły - można powiedzieć, że właściwie dlatego, że oprócz czytania książek w bibliotece nie miałem nic innego do roboty. Przyjaciół, czy choćby kolegów nigdy nie miałem, nie potrafiłem rozmawiać z ludźmi, a komputer był zbyt wielkim wydatkiem dla rodzicielki-alkoholiczki. Na szczęście biblioteka szkolna była bardzo duża. Przeczytałem przez te lata właściwie wszystko, co dało się przeczytać - od romansów, których nie cierpiałem, przez książki naukowe, które nawet czasem mnie potrafiły zainteresować, aż po horrory, które uwielbiałem (bibliotekarka znała mnie dobrze i pozwalała mi czytać literaturę dla dorosłych na wiele lat przed moimi osiemnastymi urodzinami, pod warunkiem, że nikomu o tym nie powiedziałem, no a komu miałem powiedzieć?). Lubiłem czytać opisy scen, w których ludzie umierali, zostawali ranieni, czy torturowani. Nie zauważyłem, kiedy sam zacząłem pragnąć kogoś zabić.

TablicaAż do tego dnia, 27 kwietnia 2033 roku.

Poszedłem jak zwykle na zajęcia i usiadłem w pierwszym rzędzie. Dokładnie słuchałem i notowałem wszystko, co mówił profesor. Robiłem to raczej z przyzwyczajenia, wiele tych rzeczy już znałem z przeczytanych wcześniej książek, jednak Lubiłem czasem uzupełnić swoją wiedzę - w końcu nie wszystko dało się w łatwy sposób zrozumieć tylko z książek. Godziny na uczelni mijały szybko, zawsze przesiadywałem tam od rana, aż do wieczora, czasem późniejszego, czasem wcześniejszego. Nie miałem potrzeby wracania do mieszkania, w którym jedyne co mogło mnie spotkać, to pijana w sztok matka, oraz walające się wszędzie po podłodze butelki. Wolałem spędzić czas albo w bibliotece albo przechadzając się po okolicy. Budynek, w którym miałem większość zajęć znajdował się na uboczu miasta, i dalej znajdowały się przede wszystkim pola i lasy. Przypominało mi to wczesne lata dzieciństwa - czy raczej wyobrażenia o nim. Często chodząc po tych ścieżkach wyobrażałem sobie ojca obok mnie opowiadającego jakieś ciekawe historie, czy chociażby wyjaśniający różnice między poszczególnymi drzewami. Cokolwiek, byle z nim, byle żył.

Jednak nie żył, a ja nie potrafiłem w żaden sposób sprawić, by tamten dzień zniknął, by nigdy się nie wydarzył. I chociaż miałem w domu kilka fotografii ojca, szczęśliwego i uśmiechniętego, razem z żoną i synem, to pamiętałem go jedynie z tamtego momentu wpatrzonego w przestrzeń i całego zakrwawionego. Z czasem coraz bardziej przyzwyczajałem się do tego widoku, równocześnie zatracając swoje człowieczeństwo. Coraz bardziej zapominałem o pięknych rzeczach, zapominałem co to jest przyjaźń, zapominałem co to miłość, czy radość. Pozostawał we mnie tylko smutek, oraz z biegiem czasu coraz większa fascynacja morderstwami. W głębi ducha myślałem, że skoro ojciec nie może żyć, to dlaczego mają żyć inni? Dlaczego nie skrócić ich żywot? A wcześniej wykorzystać, na wszelkie możliwe sposoby. Być może gdybym miał przez te lata kogoś, z kim mógłbym porozmawiać, kto mógłby mnie wysłuchać, to byłbym inny, ale ja miałem tylko martwego ojca i matkę alkoholiczkę.

Było przed godziną dwudziestą, gdy wracałem do mieszkania.W tramwaju..Oprócz mnie w tramwaju była tylko jedna osoba. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że to jej ostatni raz, kiedy siedzi spokojnie wpatrzona za okno. Zamyślona. Czy o chłopaku, którego kochała, czy o pracy, której szukała - tego nikt nie wie, i nikt już się nie dowie. Powoli zbliżał się przedostatni przystanek, na którym miałem wysiadać i wtedy naszła mnie ta myśl - dlaczego nie spróbować dzisiaj? Dlaczego nie zrobić tego, sprawić, aby prosiła mnie, najpierw o uwolnienie, a potem doprowadzona do skrajnej rozpaczy i upokorzenia - do śmierci. Ochota na to naszła tak nagle, że nawet nie wiem, kiedy wstałem i udałem się w jej kierunku. W tym momencie ona również wstała. Podniosła swoje czekoladowe oczy i odgarnęła śliczne, kręcone, długie, czarne włosy. Popatrzyła na mnie, a ja natychmiast poczułem, że chcę czegoś innego, niż morderstwa. Chciałem ją mieć. Dziś, teraz, zaraz. Nigdy wcześniej nic takiego nie czułem. Pożądanie mieszało się w moich myślach z chęcią morderstwa. Uśmiechnąłem się. Paskudnie. Ona jednak nie zauważyła niebezpieczeństwa i odwzajemniła uśmiech. Śliczny. Najpiękniejszy na świecie. Już po chwili szliśmy razem, rozmawiając o wszystkim. Najwyraźniej wpadłem jej w oko. Okazało się, że mieszka całkiem niedaleko, jednak okłamałem ją, mówiąc, że mieszkamy w tym samym bloku. Zdziwiona odparła, że szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Naprawdę szkoda. Chwilę później byliśmy pod jej blokiem - otworzyła drzwi i wsiedliśmy do windy. Nacisnęła przycisk "8". Najwyższe piętro. Nie był to najwyższy z bloków, obok znajdowały się 10-piętrowe, a osiedle dalej nawet wyższe, jednak mieszkanie na samej górze zawsze oznaczało, że miało się trochę lepiej, niż wszyscy dookoła - mieszkanie odrobinę większe, no i spory taras. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy powiedziała, że mieszka sama. Mnie natomiast zdziwiło, że nie zareagowała, gdy nie nacisnąłem żadnego przycisku. Czyżby się domyślała , co chcę zrobić? A może chciała tego? Chwilę później byliśmy na górze, a ona otwierała drzwi. Na chwilę jakby zapomniała, że jestem obok. Otwarła drzwi i przypomniała sobie, że się nie pożegnała a ja stoję za nią. Odwróciła się, jednak było już za późno. Podjąłem decyzje i nie miałem zamiaru jej zmieniać. Uderzyłem ją w brzuch i wepchnąłem do mieszkania. Widziałem, że musiałem trafić dobrze, bo nie umiała złapać oddechu, więc szybko przekroczyłem próg i zamknąłem za sobą drzwi. Pierwsze na co zwróciłem uwagę w środku to dziwny zapach, oraz wszechobecny bałagan. Nic tutaj nie było na miejscu. Uznałem, że po wszystkim trzeba będzie tu dokładnie posprzątać. Rozkojarzony nie zauważyłem, że kobieta pozbierała się i dałem się zaskoczyć uderzeniem od tyłu. Na chwilę zamroczyło mnie i postąpiłem kilka kroków do tyłu, wchodząc do jakiegoś pokoju. Zobaczyłem, że znowu atakuje, więc szybko odwinąłem się i jakimś cudem kolejny raz dobrze trawiłem w brzuch. Tym razem zobaczyłem, że aż oczy wyszły jej z orbit, przewróciła się do tyłu. Dało mi to dosyć czasu, aby podnieść leżącą na podłodze koszulkę i szybko zwijając ją, podejść do kobiety od tyłu i zakneblować ją. Próbowała się wyszarpać, jednak siedziałem na niej a przez dokładnie związane usta nie mogła nic wydusić z siebie. Wykręciłem jej ręce do tyłu i trzymając za nadgarstki nachyliłem się, mówiąc do niej: a teraz się zabawimy. Chwilę później podniosłem ją i zaniosłem do pokoju obok, kładąc na łóżko. Próbowała się jeszcze wyrwać, ale nie miała już szans. Częściowo związana była na mojej łasce, a w zasadzie to bardziej na niełasce. Przywiązałem jej ręce do łóżka i kolejny raz się paskudnie uśmiechnąłem. Zrozumiała, co za chwilę zrobię i popatrzyła z jeszcze większym przerażeniem, próbując się wyswobodzić. Nieskutecznie. Zauważyłem leżące obok nożyczki i uznałem, że można je wykorzystać. Wziąłem je do ręki i patrząc jej prosto w oczy zacząłem powoli rozcinać jej koszulkę od dołu. Przeciąłem całą, również ze stanikiem i odrzuciłem materiał na bok, na ramiona. Spojrzałem na jej piersi i aż westchnąłem z wrażenia. Były idealne, właśnie takie, jakie sobie wymarzyłem, duże i mięciutkie. Złapałem za jedną z piersi i ścisnąłem mocno, aż krzyknęła. Potem mocno ścisnąłem drugą. Po chwili zabawy postanowiłem, że ponownie użyje nożyczek. Złapałem ją za sterczący sutek i podciągnąłem go do góry, najmocniej jak potrafiłem a następnie przyłożyłem do niego nożyczki i zacząłem ciąć. Początkowo było ciężko, ale w końcu skóra ustąpiła i zobaczyłem lejącą się na piersi krew. To mi wystarczyło. Schyliłem się i zlizałem ją, lejącą się wolno po piersiach. Kobieta znowu zaczęła się wyrywać, jednak będąc przywiązana, nie mogła nic zrobić. Uśmiechnąłem się do niej ponownie i zacząłem rozcinać spodnie, dokładnie wzdłuż linii rozporka. Mogłem go oczywiście rozpiąć, ale to dawało mi dużo więcej przyjemności. W końcu mogłem ujrzeć dokładnie wygoloną część ciała kobiety, na której widok od dawna czekałem. Nie chciałem jednak zaprzestać na samym patrzeniu i szybko pozbyłem się reszty jej spodni. A następnie pozbyłem się swoich. Kobieta z rezygnacją leżała już na łóżku, wiedząc, co za chwilę ją czeka. Trochę mnie to zdziwiło, oraz zmartwiło. Miałem nadzieję, że mimo wszystko trochę będzie stawiała opór. Spojrzałem na nią i zobaczyłem, że czeka na to, że chce, abym jej to zrobił. Zdenerwowała mnie tym, więcej, rozwścieczyła. Wziąłem do ręki leżące ciągle obok nożyczki i wbiłem je jej głęboko, tuż nad łechtaczką. Wyprężyła sie mocno i usiłowała krzyknąć, jednak knebel trzymał mocno. Zaśmiałem się i ubierając spodnie patrzyłem, jak krew spływa na jej pościel. Poszedłem rozejrzeć się po mieszkaniu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby się przydać. Czegoś łatwopalnego. Pierwszym, na co zwróciłem uwagę była kuchenka gazowa. Odkręciłem ją natychmiast. W lodówce stały dwie butelki wódki. Przypomniała mi się na chwilę matka i ze wstrętem zabrałem butelki, po czym poszedłem do łazienki i podnosząc pierwszy lepszy płyn, nie udało mi się domyślić, do czego miał służyć domyślnie, ale wystarczyło mi oznaczenie, że jest to materiał łatwopalny, by uznać go za odpowiedni. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć - w końcu ciągle ulatniał się gaz, a ja chciałem bezpiecznie wyjść z budynku. Wszedłem do pokoju i szybko odkręcając butelki wylałem wszystko na łóżko, na którym leżała wciąż jęcząca z bólu kobieta. Popatrzyłem jej w oczy ostatni raz i podpaliłem, po czym błyskawicznie wybiegłem z mieszkania. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu, ale rozsądek podpowiedział mi, że winda może nie działać w przypadku pożaru, więc zbiegałem szybko po schodach. Nie usłyszałem żadnego wybuchu ani nic, ale z dołu popatrzyłem na górne piętro budynku i zobaczyłem wydobywające się z okien płomienie. Powoli oddaliłem się w kierunku swojego mieszkania.

To był dobry dzień.



Some kind of little world 5. Horses

Stojąc na skraju lasu widziałam w oddali chatkę człowieka od koni. Tak nazywałam go sobie w głowie od rana. Łukasz... to znaczy Kaeyr niewiele mi o nim powiedział. Ma to być jego dobry przyjaciel. Poranek minął nam szybko. Trochę zbyt szybko, jeśli przypomnę sobie ostrzeżenia chłopaka stojącego obok, o niewygodach jakie miały nas wkrótce spotkać. Nie zrozumcie mnie źle - nie boję się ich. Po prostu lubię wygodne życie. Zresztą chyba jak każdy... W każdym razie aktualnie bardziej ciekawiło mnie, co się stanie, co zobaczymy... jak ten świat wygląda, kogo tu spotkam... Myśl o tym, jak wiele możliwości na mnie tu czeka nie wychodzi z mojej głowy.
- Napatrzyłaś się już? - usłyszałam głos obok siebie.
- Ładnie tu jest - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - To tam idziemy? - pokazałam domek stojący na środku polany.
- A widzisz tu jakiś inny? Ruszajmy.

Już po kilku minutach Kaeyr witał się serdecznie z Malcolmem. Tak przedstawił mi człowieka od koni. Starszy mężczyzna był dobrze zbudowany ale przeciętnego wzrostu. Siła i spokój biły od niego. Zauważyłam też, co zresztą nie było zbyt trudne, długą bliznę przecinającą jego twarz.
- Wejdźmy do środka - powiedział, zapewne nie bez trudu zdając sobie sprawę z tego, nad czym teraz myślałam. - Tam będzie się nam dobrze rozmawiało - otworzył drzwi do środka. Przed wejściem spojrzałam jeszcze w bok i zobaczyłam 2 kruczoczarne konie, przebiegające niedaleko chatki. Były piękne. I potężne. Emanowała z nich siła, byłam pewna, że bez problemu doprowadzą nas gdziekolwiek będziemy chcieli. Równocześnie miałam wrażenie pewnej mądrości, pewnego zrozumienia z ich strony. Dziwne uczucie.
Wnętrze było przytulne. Po drugiej stronie pomieszczenia, patrząc od drzwi, stał stół dookoła którego umieszczone były drewniane krzesła pokryte jakimś futrem. Pod oknem stała też ława, częściowo zarzucona różnymi rzeczami, od jakiegoś futra, przez pojedyncze książki, po jakiś pakunek. Nie było to jedyne miejsce, gdzie leżały książki. Po lewej stronie stało coś w rodzaju komody, gdzie oprócz zwykłych przedmiotów codziennego użytku, stało kilkanaście egzemplarzy. Przyjrzałam się zaciekawiona. Nie spodziewałam się znaleźć takich rzeczy w chatce człowieka mieszkającego pośrodku niczego!
- W większości to prezenty od Twojego chłopaka - usłyszałam głos mężczyzny. - Czasem przywiezie mi coś nowego... wiesz, zanim tu trafiłem miałem dosyć ciekawe życie. Pewnie, gdybym musiał tylko patrzeć na konie to już dawno bym zwariował...
- Najpierw trzeba Cię było nauczyć czytać - powiedział Kaeyr.
- Tak... osiłkowie bardzo rzadko mają tę umiejętność. Szczerze mówiąc nie znam żadnego... i pewnie gdybyś mnie nie wyciągnął spod katowskiego noża to nigdy bym tego nie potrafił.
- Oczywiście - Łukasz uśmiechnął się. - Zresztą pamiętasz, gdy Cię mają wieszać, poproś o szklankę wody. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, nim ją przyniosą.
Mężczyzna roześmiał się, po czym powiedział
- Widziałem, jak przyglądasz się mojej twarzy. Stamtąd skąd pochodzisz pewnie nie spotyka się na codzień takich okazów... - jego głos załamał się i spojrzał, jakby z wyczekiwaniem na chłopaka stojącego obok mnie.
- Oj, daj spokój, dziewczyna jest...
- ...z jakiejś tam wsi, tak wiem, wiem, już gdzieś to słyszałem. Tylko, że ona nie zachowuje się, jak dziewczyna z jakiejś tam wsi. Spójrz na to, jak mówi, jak się porusza... przyjrzyj się jej skórze... Poza tym pierwsze, na co zwróciła uwagę to książki stojące pod ścianą.
- Ciekawska jest.
- Nie... To znaczy pewnie tak, chodzi mi o coś innego. Nauczyłeś mnie czytać, gdy miałem trzydzieści pięć lat, jednak nie byłem zwykłym, tępym osiłkiem. Oprócz umiejętności machania żelastwem, które wisi teraz nade mną, musiałem umieć rozpoznawać ludzi, rozszyfrowywać ich... wyłapywać fałszywych. Cóż, widać, byłem w tym wręcz zbyt dobry - roześmiał się, pokazując na bliznę. - Zaprowadź ją do większego miasta i spotkasz takich jak ja. Wtedy przyda się wam lepsza bajeczka - dokończył.
Przyglądałam się przedmiotowi wiszącemu nad Malcolmem. Był to długi miecz, nawet nie trzeba było go brać do ręki, żeby poczuć jego ciężar. Obok wisiały dwie czaszki... chyba ludzkie... do tego pomalowane na czerwono.
- Widzisz - ponownie usłyszałam głos mężczyzny. - Teraz zauważyła. Zwykła dziewczyna ze wsi szybciej rozpoznała by ten znak, niż podeszła do książek. Rozpoznajesz go? - spytał, a ja wyczułam nutkę groźby w jego głosie.
- Daj spokój... masz nas - przyznał się Kaeyr. - Ładnie to rozegrałeś. I weź pod uwagę, że gdybym cię nie znał tak długo, to po tym pewnie już leżałbyś z głową odłączoną od reszty ciała.
Mężczyzna się roześmiał.
- Gdybym nie wiedział, że tego nie zrobisz, to nigdy bym ci tego nie powiedział.
Poklepali się po ramionach.

Rozmawiali jeszcze trochę czasu, a potem Malcolm zaproponował obiad. Kaeyr chciał odmówić, ale silny mężczyzna już rozpalał ogień i stawiał na niego garniec, wkładając mięso i trochę warzyw.
- Będzie dobry gulasz - powiedział.
Nie miałam odwagi aby się odezwać. Ciągle czułam się... dziwnie zagrożona. Chciałam już wsiąść na konie i odjechać gdzieś daleko, poznawać dalej ten świat. Tymczasem drewno już przyjemnie trzaskało i niedługo potem w garnku zaczęło bulgotać.
- Dziewczyno, jak jest Ci na imię? - osiłek zwrócił się w końcu do mnie.
- Mar... Maelia.
Mężczyzna ponownie się roześmiał.
- Drugi raz dziś zdradziłaś, że nie jesteś tą, za kogo się podajesz. Musisz jeszcze potrenować - powiedział. - Martylla? Martianna? Mogłabyś pochodzić zza Wielkiego Morza... A może Marcolma? - uśmiechął się.
- Marta - powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
- Niespotykane tutaj imię. Nigdy więcej go nie wymawiaj. Pamiętaj o tym - powiedział ostro. - Nigdy - popatrzył na Łukasza. - Skąd ją wytrzasnąłeś?
- Zadajesz zbyt dużo pytań - groźnie odpowiedział chłopak.
Na chwilę zapadła cisza zakłócona tylko trzaskiem płonącego drewna i bulgotaniem wody.
- No dobra, niech Ci będzie... nie spytam więcej o nią - odpowiedział ostrożnie Malcolm. - Zresztą, i tak siedzę tutaj na odludziu, nie niepokojony przez nikogo. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko i pojechać gdzieś daleko, pożyć chwilą i umrzeć w jakimś pojedynku...
- Nikt Cię tu nie trzyma...
- Oprócz Twoich koni!
- Dziś je weźmiemy... zresztą, sam tego chciałeś.
- Tak, tak, wiem, wiem... uważaj na to, o co prosisz, powiedziałeś... nawet nie wiesz, jak cierpkie potrafią być marzenia, gdy już się spełnią
- Tak mówiłem. A ty odparłeś, "daj mi konie! Konie!" krzyczałeś.
Roześmiali się. Nastrój zdecydowanie się poprawił.
- No dobra, jedzenie będzie za niedługo gotowe. Opowiem ci, jak to było z tą blizną - popatrzył na mnie. - Służyłem u dosyć dostojnego pana. Moim zadaniem, jak już ci mówiłem wcześniej, było nie tylko bronić go, ale też patrzeć na przybywających, obserwować. Zawsze byłem w pobliżu, zawsze słyszałem, o czym rozmawiali. Oprócz jednego, jedynego razu. Do mojego pana przyjechał bliski krewny. Zachowywał się bardzo dobrze, zresztą znali się ze sobą od dawna. Mieli przedyskutować, jedną bardzo ważną kwestię. Miało to być coś takiego, co nikt, absolutnie nikt oprócz nich nie mógł usłyszeć. Nawet główny ochroniarz. Zresztą pan nie widział potrzeby bronienia go przed kuzynem. Zostawili mnie na dole schodów a sami zamknęli się w komnacie na górze. Nie na długo. Wkrótce kuzyn wybiegł stamtąd. Przebiegając obok mnie uśmiechnął się ironicznie i szybko zniknął za rogiem. Wbiegłem na górę i zobaczyłem martwe ciało swojego pana. Natychmiast wybiegłem wezwać straże... ale one już były na dole. Za nimi stał właśnie tamten kuzyn. Jego wersja wydarzeń brzmiała lekko odmiennie od mojej. Miałem zabić swojego pana, a następnie chcieć dorwać też jego, na szczęście zdążył uciec i wezwać straże. Przyjrzałem się chłopcom w zbrojach i zauważyłem, że nie jest to nikt z naszych, tylko dwóch przybocznych właśnie tego kuzyna. Ładnie to sobie wykombinował. Wyciągnąłem miecz, krzycząc do niego, że nikt mu nie uwierzy, że znają mnie tu od lat, a on jest nowo przybyłym. Popatrzył z politowaniem i powiedział coś w stylu... Przecież twojego tłumaczenia nikt nie usłyszy. Zabić go.
Krótka pauza dała mi chwilę na przyjrzenie się smutnemu obliczu mężczyzny.
- Nie doceniłem ich - kontynuował. - Było ich dwóch na mnie jednego i atakowali zaskakująco szybko. To nie byli zwykli żołnierze. Z takimi poradziłbym sobie raz dwa. To byli najlepsi z najlepszych. Do dziś nie wiem, jakim cudem ich nie rozpoznałem. Miałem w głowie twarze każdego lepszego szermierza. Ich nie znałem... Atakowali ciągle od przodu, w pewnym momencie jeden z nich odskoczył w bok, aby mnie otoczyć. To był jego jedyny błąd, gdyż zdążyłem umieścić swój miecz w jego boku. Niestety zajęło mi to chwilę zbyt długo i nie zdążyłem się odwrócić, a tylko odskoczyłem do tyłu. Nie wystarczająco szybko. Czubek ostrza napastnika przebył niemałą drogę po mojej twarzy - zaznaczył drogę na bliźnie. - Brzęki stali musieli usłyszeć inni wartownicy. Broniłem się jeszcze mimo zalewającej moją twarz krwi, gdy go dopadli. Był dobry, ale każdy szermierz dupa, kiedy wrogów kupa - uśmiechnął się. - Poskładali mnie do kupy i kilka dni później odbył się sąd. Niestety dla mnie, niepomyślny... słowa osiłka przeciwko wielkiemu panu zawsze będą niewiele warte...
- I mniej więcej wtedy pojawiam się ja - wtrącił się Kaeyr.
- Tak... Ciebie też nie znałem nigdy wcześniej. Zresztą, nikt Cię tam nie znał. Mimo to stanąłeś w swoich pięknych czarnych szatach, z czerwonymi zdobieniami. Pamiętam to jak dziś. Powiedziałeś, że wyrok w takiej sprawie nie może zostać wydany od razu. Że słowa obu są wiarygodne i trzeba się dobrze zastanowić, kogo ściąć, a kogo uwolnić. Swoją drogą ciekawi mnie, ile osób zauważyło ten drobny ironiczny gest, gdy mówiąc "ściąć" pokazałeś na kuzyna, a "uwolnić" na mnie. Cóż, miałeś trochę racji, bo w końcu to ja byłem w celi, a on siedział w pełnych wygodach pałacu...
- A w nocy... - zasugerował po chwili milczenia chłopak
- Tak, tak... a w nocy mnie uwolniłeś. Nie mam pojęcia jakim cudem. Serio. Umieścili mnie w najlepiej strzeżonym więzieniu... wiem, bo sam wybierałem ludzi do niego. A Ty mimo to wszedłeś sobie tam, jakby nigdy nic, i wyszedłeś stamtąd, ciągnąc mnie poza wzrokiem strażników przez nieznane mi korytarze. Skąd Ty je znałeś? Służyłem tam przez wiele lat i nie miałem pojęcia o ich istnieniu... zresztą chyba nikt nie miał... nadal nie ma.
- Opowiem ci o tym jeszcze kiedyś - Kaeyr uśmiechnął się. - No, ale jak będziemy tak siedzieć i gadać to nigdzie nie zajedziemy a czując po zapachu, gulasz gotowy.
Malcolm też się lekko uśmiechnął.

Obiad był wyjątkowo dobry. Może nie najlepszy w moim życiu, ale mięso było... inne. Bardzo dobre. Pewnie dlatego, że zapewne był to jakiś zwierz upolowany w lesie, a nie hodowany na ludzkich odpadach i faszerowany antybiotykami. Zaraz po obiedzie Malcolm zaprowadził nas do stajni z tyłu budynku. Było to tylko kilka boksów, każdy stał pusty. Powiedział mi, że na codzień konie pasą się na okolicznych polanach.
- Wyjątkowo inteligentne stworzenia mi przyprowadziłeś - powiedział Kaeyrowi. - Nie budowałem żadnych płotów, zagród, a przez ten cały czas jeszcze nigdy żaden nie uciekł.
Zagwizdał dwie krótkie melodie i czarne konie przybiegły do niego.
- Dobre zwierzęta. Będzie mi ich brakować.
- Masz jeszcze inne.
Malcolm spojrzał na pasące się w oddali stadko.
- Te są najlepsze - odrzekł smutno. - No i dlatego Ci je daje.
Odwrócił się i poszedł na tył stajni. Podeszłam do jednego z koni i poklepałam lekko po szyi. Skłonił się lekko a ja uśmiechnęłam się. W tym czasie mężczyzna przyniósł siodła i zaczął je umieszczać na grzbietach. Były solidnie wykonane, przyglądając się z bliska widać było staranność wykonania szwów. Liczne kieszenie mogły pomieścić wiele drobnych rzeczy. Równocześnie wydawało się dosyć wygodne, a mimo to z odległości kilku kroków wyglądało... zwyczajnie. Widać było, że ktoś przyłożył się do projektu. Zapewne przejeżdżając przez wsie będziemy wyglądać na zwykłych podróżnych a mimo to nie stracimy nic z wygody jaką możemy mieć. Nie mogłam się doczekać, żeby wsiąść i już gdzieś pojechać.. Tymczasem odwróciłam się i grzecznie uśmiechnęłam do mężczyzny.
- Dziękuję - powiedziałam.
- Nie musisz dziękować. Ciągle jestem dłużnikiem twojego chłopaka - skłonił się lekko głową.
- To nie jest mój chłopak - odpowiedziałam odruchowo. Słysząc to, machnął tylko ręką.
- Bywaj, przyjacielu - powiedział do Kaeyra. - Niech wiatr wieje wam zawsze w plecy i niech droga zawsze równą będzie.
- Dzięki, przyjacielu - odpowiedział. - Żyj spokojnie. Niech wiatr niepokojów nigdy tu nie zawieje.
- Czasem troszkę mógłby powiać - zaśmiał się mężczyzna. - Wiesz, chciałbym trochę pomachać żelastwem.
- Jeszcze kiedyś się wybierzemy gdzieś daleko.
- Może tak, może nie... wkrótce będę stary, wtedy już nigdzie nie zajedziemy... ale nie zatrzymuję was. Bierz swoją tajemniczą pannę i jedźcie tam, gdzie macie jechać.
- Trzymaj się zdrów.
- Do widzenia - powiedziałam wsiadając na siodło. Rzeczywiście było wyjątkowo wygodne.

Słońce stało wysoko na niebie, gdy wyjeżdżaliśmy. Niedługo zajęło nam dotarcie do traktu. Wystarczyło przejechać kilka pagórków i na ostatnim zobaczyliśmy w oddali dobrą drogę. Z daleka nie było widać ani jednej żywej duszy na niej.
- A więc zaczęła się nasza podróż - uśmiechnął się Kaeyr. - Będzie Ci się podobać - dodał.
- Wiem - odpowiedziałam.

Koniec części piątej.


Oczy nienawiści, cz.1

Nie wierzyła własnym oczom. Bezczelność tego chłopaka była dla niej nie do zniesienia - po tym wszystkim co jej zrobił, miał odwagę pojawić się w tym miejscu. Tutaj, co gorsza rozmawiał z ludźmi jakby nic się nie stało. Ubrała kaptur, przesunęła się w kierunku cienia budynku, obok którego stała. Zatrzymała się, wpatrując się w niego. Irytowała go sama jego obecność, a on miał czelność śmiać się. Po kilku minutach w końcu pożegnał się z wszystkimi i ruszył przed siebie, jednak nagle zatrzymał się i odwrócił głowę. Popatrzył się dokładnie w miejsce, w którym stała. Ich spojrzenia przecięły się, jego - pełne zdumienia, zdumienia, że ta dziewczyna żyje, chociaż nie powinna. Jej - pełne nienawiści. Uśmiechnęła się złowieszczo, gdy on błyskawicznie odwrócił się i zniknął w tłumie. Już niedługo - pomyślała. - Już niedługo pożałuje tego wszystkiego.



3 dni wcześniej


Jeszcze z rana dzień nie zapowiadał się, że będzie się czymś różnił od pozostałych. Anikka wstała kilka godzin po świcie i zebrała się, aby pójść na targ. Musiała kupić tylko coś do jedzenia. Chodziła tam prawie codziennie. Chęć zjedzenia czegoś świeżego przeważała nad lenistwem. Prawie zawsze gdy wróciła z zakupów siadała na starym, skórzanym fotelu. Należał jeszcze do jej dziadka, Kurana, który walczył u boku Starego Króla w jego trzeciej i ostatniej wojnie. Kuran nie miał wielu zasług, jednak zawsze był blisko króla, za co ten obdarzył go skrawkiem ziemi i drobnym mieszkiem złota. Wystarczyło na wybudowanie domu, w którym teraz mieszkała. Nie był zbyt duży ale dla Anikki był wystarczający. Od wielu lat żyła sama. Gdybyś ją zobaczył, mógłbyś się zdziwić - młoda, ładna, inteligentna kobieta, nie szukająca faceta? Anikka miała jednak jeden sekret, którym nie dzieliła się z nikim. Była okropnie bogata.
Jej dziadek, Kuran, zupełnym przypadkiem poznał kiedyś pewnego kupca. Opowiem o nim kiedy indziej, bo to długa i ciekawa historia, w każdym razie Kuran pomógł mu rozwiązać pewien problem. W zamian za to otrzymał udziały w powstającej kompanii handlowej. Wtedy mogło się to wydawać niewiele i przez wiele lat starzec żałował, że nie wybrał jednak mieszka ze złotem. Przekazując w testamencie swojemu synowi prawie nic nie znaczący skrawek papieru prawie naraził się na ośmiesznie. Dopiero kilka tygodni później ten syn dowiedział się, że Kompania odkryła ogromne złoża złota w jednej z odległych krain i ten skrawek papieru jest warty fortunę. Biedna rodzina dostała w bardzo krótkim czasie bardzo duże kosztowności. Musiało się to skończyć tylko w jeden sposób.


Rodzice Anikki oszaleli.


Pierwszy zmarł jej ojciec. Mając do dyspozycji praktycznie nieograniczone pieniądze zaczął pić na umór. Poznawał bardzo wielu nowych "kolegów" i "koleżanek", którzy bardzo go lubili za hojność przy stawianiu kolejek. Często nie wracał na kilka dni do domu, po czym ktoś przynosił go nieprzytomnego, aby w domu chociaż trochę wytrzeźwiał. Tak było i tym razem. Niestety ten, kto go przyniósł nie zauważył, że pijak nie oddycha.


Jej matka nie pożyła długo w żałobie. Bardzo kochała swojego męża i po pogrzebie nie chciała nikogo widzieć. Niestety - mężczyźni widzieli w niej piękną, jeszcze w miare młodą kobietę, do tego z ogromnym posagiem - nie dawali jej spokoju. Był wśród nich też pewien chłopak, który bardzo nie lubił, jak się mu odmawia. Tak bardzo, że gdy ostatni raz powiedziała mu "nie", wyjął nóż i zaczął grozić kobiecie. Ta ze strachu zgodziła się wyjść za niego. Dwa dni przed robionym w pośpiechu ślubem matka Anikki przyszła do dziewczyny. Powiedziała, gdzie ukryła skrzynię z kosztownościami. Całą resztę miał otrzymać jej mąż. Przy takiej fortunie nie zauważyłby tak drobnej różnicy. Przykazała jej też jedno: nigdy nie mówić nikomu o tych pieniądzach. Nie chciała narażać córki na to, co sama musiała przechodzić. Dzień po ślubie znaleziono ją powieszoną na prześcieradle w swoim pokoju.


Anikkce się nawet blef udał. Całe pieniądze oddała tamtemu mężczyźnie, zostawiając dla siebie tylko tą jedną skrzynkę. Tamten odszedł zadowolony, zostawiając ją samą. Zależało mu tylko na pieniądzach, nie chciał tej dziewczyny. Od tego czasu mieszkała sama, ciągle bojąc się, że spotka ją los matki. Z pieniędzy korzystała rozważnie, kupowała bardzo niewiele. Żadnych drogocennych rzeczy.


Przez te lata czuła się okropnie samotna. Bardzo często chciała mieć kogoś na dłużej. Niestety strach i matczyna przestroga skutecznie ją przed tym chroniły. Nie potrafiła otworzyć się przed żadnym facetem.


Jednak strach powoli zanikał. Z każdym rokiem, miesiącem, dniem, stawał się coraz mniej wyraźny. Coraz bardziej chciała mieć kogoś.


Tego dnia były jej osiemnaste urodziny.
Jak każdego dnia poszła na targ - zrobić zwykłe zakupy, nie wyróżniać się z tłumu. Jak każdego dnia - działało. Nigdy nie miała przy sobie więcej niż paru miedziaków. Czasem nawet udawała biedną prosząc znajomego farmera, aby sprzedał jej plony taniej, lub nawet za darmo - wtedy zawsze oddawała kilka dni później pożyczone pieniądze. Gra aktorska szła jej całkiem dobrze, aż w końcu zobaczyła tego chłopaka. Ich spojrzenia spotkały się tylko na chwilę. To wystarczyło, aby poczuła, że nie chce więcej czuć pustki.
Zgubą dla Anikki było to, że ten chłopak również był dobrym aktorem. Oraz to, że dokładnie wiedział, kim ona jest. Nie znalazł się tam przypadkiem. Od kilku dni wypatrywał jej, chcąc, aby ich pierwsze spotkanie wyglądało na zupełnie przypadkowe.
Chłopak był od niej kilka lat starszy, do tej pory pracował jako służący u drugiego męża jej zmarłej matki. Jak większość ludzi, również bardzo lubił pieniądze. Z tego powodu zainteresował się dokumentami związanymi z finansami jego pana. Znajdywał wiele nieścisłości, jednak nie chciał się narazić na gniew bogatych i wpływowych ludzi, więc szukał przede wszystkim u nieżyjących już ludzi. W końcu, przypadkowo, znalazł dokumenty poślubne swojego pana. Długo analizował to, co posiadała jego nieżyjąca żona, a co mu przekazała, aż zobaczył, że brakuje całkiem sporej fortunki. Poszukał trochę, trochę popytał i po prawie roku od tego odkrycia znalazł jej córkę. Okazało się, że od dosyć dawna żyje w tym samym domku, nie ma męża, ani pracy.
Bardzo łatwo domyślił się, z jakich pieniędzy ona się utrzymuje. Idealny dla niego cel - dziewczyna, która sama od wielu lat okłamuje, że nic nie ma, nie może liczyć na jakąś większą pomoc od kogokolwiek.
Tym bardziej, że nikogo nie ma.


- Mam tutaj wyjątkowe warzywa zza oceanu - Anikka usłyszała męski głos za sobą. Od razu wiedziała do kogo należy. Do tego chłopaka... serce zaczęło bić jej szybciej. W głowie sprzeczne myśli biły się pomiędzy "zignorować go" a "odpowiedzieć", nie umimała dobrze wybrać... - Stało się coś pani? - usłyszała jeszcze raz głos za sobą.
- Niee nic - odpowiedziała i zrobiła krok do przodu, gdy poczuła, ze złapał ją za dłoń. Odwróciła się, lekko wyrywając rękę.
- Ależ pani jest całkiem blada! - krzyknął chłopak. - Proszę, niech pani przygotuje sobie napar z tych liści - podał jej zawiniątko. - Nazywają się Aloa i pochodzą z dalekiej krainy, gdzie ponoć żyją smoki - uśmiechnął się chłopak. - Pomaga na prawie wszystko!
- Nie stać mnie na nie - powiedziała drżącym głosem dziewczyna. Chciała tu stać i patrzyć na niego. Chciała, aby znowu złapał ją za rękę. Aby dalej do niej mówił. A równocześnie chciała uciec, zniknąć.
- Rozumiem... - chłopak posmutniał. - W takim razie niech pani przyjdzie wieczorem. Pijam sobie czasem napar z tych liści dla smaku, dam pani spróbować. To nic nie będzie kosztowało - dodał szybko, przerywając jej. - Tak ładnej kobiecie aż chce się dawać prezenty.
Anikka zarumieniła się i odwróciła, odchodząc.
- Będę tu czekał wieczorem - krzyknął za nią.


Do końca dnia nie zjadła nic. Nie potrafiła opanować swoich myśli. Czuła się tak pierwszy raz w życiu. Jak gdyby narodziła się na nowo. Rozpoznała liście, które jej pokazywał. Czytała o nich w jednej z wielu książek, które przeczytała w wolnym czasie. Czytanie to było jedyne zajęcie, które powstrzymywało ją od zwariowania. Liście naprawdę nazywały się Aloa i naprawdę pochodziły zza oceanu... o smokach za to nic nie słyszała. Wiedziała, że chłopak nie chce jej oszukać, dając jakieś narkotyczne liście, które również od razu by rozpoznała...
- Dlaczego nie spróbować? - powiedziała do siebie. - Mam tu siedzieć do końca życia chowając się przed światem i marząc o zwiedzeniu wielu krain? Może to przyniesie na mnie zgubę, ale jeśli chcę żyć, to muszę żyć tu i teraz! - ostatnie słowa prawie wykrzyczała.


Ubrała się i poszła na targ. Popołudniowe słońce świeciło jeszcze, ale wielu sklepikarzy już pozbierało swoje stanowiska.


Chłopak jednak był, stał tam, czekał na nią...


c.d.n.