Z pamiętnika kogoś innego

W samotnym tramwaju
Na dróg rozstaju,
snują się zjawy i nocne mary,
które żyjące sprawiają koszmary.
Ciemną nocą, spokojne jak ludzie,
siadają w tramwajach tu i owdzie.|
Nie patrz na nich katem oka
inaczej spłynie z ciebie krwawa posoka.
Gdy zaś dojdzie do spotkania wzroku waszego,
wiedz ze to koniec istnienia wszelkiego,
z takiego tramwaju nie wyjdziesz cały,
pochłoną cie mary i ich ofiary.

~ Pani E ~

Jeszcze z rana nie spodziewałem się, że dzień skończy się w tak wspaniały sposób. Wstałem z łóżka i dokładnie go pościeliłem, następnie zrobiłem śniadanie - proste kanapki, w każdej znajdowało się dokładnie półtora plasterka sera i 2 plasterki szynki. Talerz od razu umyłem - nie potrafię znieść nieporządku. Wszystko musi być idealne. Nie ma miejsca na żadne niedociągnięcia. Niedokładnie poskładane ubrania, czy niedopasowany element wystroju irytował mnie mocno. Bardzo mocno. Szczególnie, gdy nie mogłem tego zmienić. Nigdy nie miałem przez to przyjaciół - na dłuższy czas nikt nie mógł ze mną wytrzymać. Nikt nie chciał też wysłuchiwać opowieści o moich najskrytszych pragnieniach - gwałtach i morderstwach, dlatego całe życie coraz mocniej zamykałem się w sobie, skrywałem się przed światem. W końcu inni ludzie nie byli mi do niczego potrzebni. Wolałem spędzać czas w samotności, niż z kimkolwiek.

Matka alkoholiczka nigdy nie zauważyła, że coś jest nie tak. Piła od śmierci ojca, czyli w zasadzie od kiedy pamiętam. Bo w zasadzie jego śmierć to pierwsza rzecz z swojego życia, którą pamiętam. Dla sześciolatka taki widok jest niemożliwy do zapomnienia. Tego dnia nic nie zapowiadało tragedii. Ciepły, słoneczny, październikowy poranek, ojciec ciął drzewo na opał, na zimę. Mieszkaliśmy wtedy na wsi tak bardzo oddalonej od cywilizacji, że nikt z ludzi, których potem poznałem, nie miał pojęcia, gdzie to może być. Do najbliższego miasta (swoją drogą niewielkiego, niecałe 14.000 mieszkańców), było 36 kilometrów. Raz w miesiącu pokonywaliśmy tą trasę by kupić potrzebne rzeczy i sprzedać to, co sami wyprodukowaliśmy - przede wszystkim mleko i miód. Nie było z tego wielkich pieniędzy, był to w zasadzie dodatek do tego, co ojciec zarabiał jako leśniczy i drwal - w końcu jedynymi rzeczami, których dookoła było pod dostatkiem, były drzewa. Las otaczał nasz dom w zasadzie z dwóch stron, z trzeciej był malowniczy widok na pola. I właśnie przez ten las wydarzyła się tragedia 14 października 2021 roku. Ojciec korzystając z piły spalinowej przycinał jedno z zwalonych przez wichury sprzed dwóch tygodni drzewa. Była to praca, którą wykonywał dosyć często, a ponieważLas drzewo znajdywało się tuż obok domu, bawiłem się w pobliżu. Co dokładnie się stało pamiętam jak przez mgłę - zajęty byłem czym innym, zwróciłem na niego uwagę dopiero, gdy usłyszałem bardzo głośny krzyk. Spojrzałem w jego stronę i zobaczyłem coś, co przez wiele lat później nawiedzało mnie w koszmarach sennych - ojca z oderwaną do połowy ręką, z której wystawała kość, a która reszty ciała trzymała się w zasadzie tylko na resztkach mięśni. Oraz krew. Pełno krwi. Czas stanął dla mnie w miejscu i nie wiem ile czasu dokładnie minęło, w każdym razie następne co pamiętam to jak biegłem w jego stronę krzycząc na zmianę "tate!" oraz "mame!", niestety, byłem zbyt młody, by mogła mnie usłyszeć. Zresztą zanim zdążyłem do niego dobiec - już nie żył. Spojrzałem na niego ostatni raz i zobaczyłem widok, którego nigdy nie zapomniałem - częściowo oderwaną rękę, kość na wierzchu, a to wszystko we krwi. I oczywiście oczy ojca - bez życia wpatrzone w niebo nad nim. Ostatnie co pamiętam, to, że próbowałem do niego coś powiedzieć, nie do końca rozumiałem, że on może nie żyć. Był dla mnie najważniejszą osobą i największym autorytetem. Ostatnie słowa - "tate, obudź się, wstań.." mówiłem już do trupa.


Nie wiem, czy matka usłyszała krzyk ojca, mój płacz, czy raczej przybiegła targniona przeczuciem, ale nie pamiętam, żeby powiedziała chociaż słowo. Wiedziała, że on nie żyje, i płakała tak głośno, że wciąż jeszcze słyszę ten płacz w swojej głowie. Nigdy nie pozbierała się po tym wydarzeniu, i chociaż minęło już prawie 12 lat, ona tylko piła i piła, nie pamiętając, że ma syna. I chociaż potrzebowałem w tamtych latach pomocy, osoby, z którą mógłbym porozmawiać, nigdy jej nie uzyskałem. Musiałem sobie radzić sam (a w zasadzie nie radziłem sobie). Musieliśmy się wyprowadzić z naszego pięknego domu do brudnego i starego mieszkania, gdzieś w środku jeszcze brudniejszego miasta. Pieniądze ze sprzedaży posiadłości, które mieliśmy mogły wystarczyć na wiele lat, jednak nie na wieczność, szczególnie, że matka przepijała całe dnie, wyglądając coraz gorzej. Jakimś cudem nie wyleciałem ze szkoły - można powiedzieć, że właściwie dlatego, że oprócz czytania książek w bibliotece nie miałem nic innego do roboty. Przyjaciół, czy choćby kolegów nigdy nie miałem, nie potrafiłem rozmawiać z ludźmi, a komputer był zbyt wielkim wydatkiem dla rodzicielki-alkoholiczki. Na szczęście biblioteka szkolna była bardzo duża. Przeczytałem przez te lata właściwie wszystko, co dało się przeczytać - od romansów, których nie cierpiałem, przez książki naukowe, które nawet czasem mnie potrafiły zainteresować, aż po horrory, które uwielbiałem (bibliotekarka znała mnie dobrze i pozwalała mi czytać literaturę dla dorosłych na wiele lat przed moimi osiemnastymi urodzinami, pod warunkiem, że nikomu o tym nie powiedziałem, no a komu miałem powiedzieć?). Lubiłem czytać opisy scen, w których ludzie umierali, zostawali ranieni, czy torturowani. Nie zauważyłem, kiedy sam zacząłem pragnąć kogoś zabić.

TablicaAż do tego dnia, 27 kwietnia 2033 roku.

Poszedłem jak zwykle na zajęcia i usiadłem w pierwszym rzędzie. Dokładnie słuchałem i notowałem wszystko, co mówił profesor. Robiłem to raczej z przyzwyczajenia, wiele tych rzeczy już znałem z przeczytanych wcześniej książek, jednak Lubiłem czasem uzupełnić swoją wiedzę - w końcu nie wszystko dało się w łatwy sposób zrozumieć tylko z książek. Godziny na uczelni mijały szybko, zawsze przesiadywałem tam od rana, aż do wieczora, czasem późniejszego, czasem wcześniejszego. Nie miałem potrzeby wracania do mieszkania, w którym jedyne co mogło mnie spotkać, to pijana w sztok matka, oraz walające się wszędzie po podłodze butelki. Wolałem spędzić czas albo w bibliotece albo przechadzając się po okolicy. Budynek, w którym miałem większość zajęć znajdował się na uboczu miasta, i dalej znajdowały się przede wszystkim pola i lasy. Przypominało mi to wczesne lata dzieciństwa - czy raczej wyobrażenia o nim. Często chodząc po tych ścieżkach wyobrażałem sobie ojca obok mnie opowiadającego jakieś ciekawe historie, czy chociażby wyjaśniający różnice między poszczególnymi drzewami. Cokolwiek, byle z nim, byle żył.

Jednak nie żył, a ja nie potrafiłem w żaden sposób sprawić, by tamten dzień zniknął, by nigdy się nie wydarzył. I chociaż miałem w domu kilka fotografii ojca, szczęśliwego i uśmiechniętego, razem z żoną i synem, to pamiętałem go jedynie z tamtego momentu wpatrzonego w przestrzeń i całego zakrwawionego. Z czasem coraz bardziej przyzwyczajałem się do tego widoku, równocześnie zatracając swoje człowieczeństwo. Coraz bardziej zapominałem o pięknych rzeczach, zapominałem co to jest przyjaźń, zapominałem co to miłość, czy radość. Pozostawał we mnie tylko smutek, oraz z biegiem czasu coraz większa fascynacja morderstwami. W głębi ducha myślałem, że skoro ojciec nie może żyć, to dlaczego mają żyć inni? Dlaczego nie skrócić ich żywot? A wcześniej wykorzystać, na wszelkie możliwe sposoby. Być może gdybym miał przez te lata kogoś, z kim mógłbym porozmawiać, kto mógłby mnie wysłuchać, to byłbym inny, ale ja miałem tylko martwego ojca i matkę alkoholiczkę.

Było przed godziną dwudziestą, gdy wracałem do mieszkania.W tramwaju..Oprócz mnie w tramwaju była tylko jedna osoba. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że to jej ostatni raz, kiedy siedzi spokojnie wpatrzona za okno. Zamyślona. Czy o chłopaku, którego kochała, czy o pracy, której szukała - tego nikt nie wie, i nikt już się nie dowie. Powoli zbliżał się przedostatni przystanek, na którym miałem wysiadać i wtedy naszła mnie ta myśl - dlaczego nie spróbować dzisiaj? Dlaczego nie zrobić tego, sprawić, aby prosiła mnie, najpierw o uwolnienie, a potem doprowadzona do skrajnej rozpaczy i upokorzenia - do śmierci. Ochota na to naszła tak nagle, że nawet nie wiem, kiedy wstałem i udałem się w jej kierunku. W tym momencie ona również wstała. Podniosła swoje czekoladowe oczy i odgarnęła śliczne, kręcone, długie, czarne włosy. Popatrzyła na mnie, a ja natychmiast poczułem, że chcę czegoś innego, niż morderstwa. Chciałem ją mieć. Dziś, teraz, zaraz. Nigdy wcześniej nic takiego nie czułem. Pożądanie mieszało się w moich myślach z chęcią morderstwa. Uśmiechnąłem się. Paskudnie. Ona jednak nie zauważyła niebezpieczeństwa i odwzajemniła uśmiech. Śliczny. Najpiękniejszy na świecie. Już po chwili szliśmy razem, rozmawiając o wszystkim. Najwyraźniej wpadłem jej w oko. Okazało się, że mieszka całkiem niedaleko, jednak okłamałem ją, mówiąc, że mieszkamy w tym samym bloku. Zdziwiona odparła, że szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Naprawdę szkoda. Chwilę później byliśmy pod jej blokiem - otworzyła drzwi i wsiedliśmy do windy. Nacisnęła przycisk "8". Najwyższe piętro. Nie był to najwyższy z bloków, obok znajdowały się 10-piętrowe, a osiedle dalej nawet wyższe, jednak mieszkanie na samej górze zawsze oznaczało, że miało się trochę lepiej, niż wszyscy dookoła - mieszkanie odrobinę większe, no i spory taras. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy powiedziała, że mieszka sama. Mnie natomiast zdziwiło, że nie zareagowała, gdy nie nacisnąłem żadnego przycisku. Czyżby się domyślała , co chcę zrobić? A może chciała tego? Chwilę później byliśmy na górze, a ona otwierała drzwi. Na chwilę jakby zapomniała, że jestem obok. Otwarła drzwi i przypomniała sobie, że się nie pożegnała a ja stoję za nią. Odwróciła się, jednak było już za późno. Podjąłem decyzje i nie miałem zamiaru jej zmieniać. Uderzyłem ją w brzuch i wepchnąłem do mieszkania. Widziałem, że musiałem trafić dobrze, bo nie umiała złapać oddechu, więc szybko przekroczyłem próg i zamknąłem za sobą drzwi. Pierwsze na co zwróciłem uwagę w środku to dziwny zapach, oraz wszechobecny bałagan. Nic tutaj nie było na miejscu. Uznałem, że po wszystkim trzeba będzie tu dokładnie posprzątać. Rozkojarzony nie zauważyłem, że kobieta pozbierała się i dałem się zaskoczyć uderzeniem od tyłu. Na chwilę zamroczyło mnie i postąpiłem kilka kroków do tyłu, wchodząc do jakiegoś pokoju. Zobaczyłem, że znowu atakuje, więc szybko odwinąłem się i jakimś cudem kolejny raz dobrze trawiłem w brzuch. Tym razem zobaczyłem, że aż oczy wyszły jej z orbit, przewróciła się do tyłu. Dało mi to dosyć czasu, aby podnieść leżącą na podłodze koszulkę i szybko zwijając ją, podejść do kobiety od tyłu i zakneblować ją. Próbowała się wyszarpać, jednak siedziałem na niej a przez dokładnie związane usta nie mogła nic wydusić z siebie. Wykręciłem jej ręce do tyłu i trzymając za nadgarstki nachyliłem się, mówiąc do niej: a teraz się zabawimy. Chwilę później podniosłem ją i zaniosłem do pokoju obok, kładąc na łóżko. Próbowała się jeszcze wyrwać, ale nie miała już szans. Częściowo związana była na mojej łasce, a w zasadzie to bardziej na niełasce. Przywiązałem jej ręce do łóżka i kolejny raz się paskudnie uśmiechnąłem. Zrozumiała, co za chwilę zrobię i popatrzyła z jeszcze większym przerażeniem, próbując się wyswobodzić. Nieskutecznie. Zauważyłem leżące obok nożyczki i uznałem, że można je wykorzystać. Wziąłem je do ręki i patrząc jej prosto w oczy zacząłem powoli rozcinać jej koszulkę od dołu. Przeciąłem całą, również ze stanikiem i odrzuciłem materiał na bok, na ramiona. Spojrzałem na jej piersi i aż westchnąłem z wrażenia. Były idealne, właśnie takie, jakie sobie wymarzyłem, duże i mięciutkie. Złapałem za jedną z piersi i ścisnąłem mocno, aż krzyknęła. Potem mocno ścisnąłem drugą. Po chwili zabawy postanowiłem, że ponownie użyje nożyczek. Złapałem ją za sterczący sutek i podciągnąłem go do góry, najmocniej jak potrafiłem a następnie przyłożyłem do niego nożyczki i zacząłem ciąć. Początkowo było ciężko, ale w końcu skóra ustąpiła i zobaczyłem lejącą się na piersi krew. To mi wystarczyło. Schyliłem się i zlizałem ją, lejącą się wolno po piersiach. Kobieta znowu zaczęła się wyrywać, jednak będąc przywiązana, nie mogła nic zrobić. Uśmiechnąłem się do niej ponownie i zacząłem rozcinać spodnie, dokładnie wzdłuż linii rozporka. Mogłem go oczywiście rozpiąć, ale to dawało mi dużo więcej przyjemności. W końcu mogłem ujrzeć dokładnie wygoloną część ciała kobiety, na której widok od dawna czekałem. Nie chciałem jednak zaprzestać na samym patrzeniu i szybko pozbyłem się reszty jej spodni. A następnie pozbyłem się swoich. Kobieta z rezygnacją leżała już na łóżku, wiedząc, co za chwilę ją czeka. Trochę mnie to zdziwiło, oraz zmartwiło. Miałem nadzieję, że mimo wszystko trochę będzie stawiała opór. Spojrzałem na nią i zobaczyłem, że czeka na to, że chce, abym jej to zrobił. Zdenerwowała mnie tym, więcej, rozwścieczyła. Wziąłem do ręki leżące ciągle obok nożyczki i wbiłem je jej głęboko, tuż nad łechtaczką. Wyprężyła sie mocno i usiłowała krzyknąć, jednak knebel trzymał mocno. Zaśmiałem się i ubierając spodnie patrzyłem, jak krew spływa na jej pościel. Poszedłem rozejrzeć się po mieszkaniu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby się przydać. Czegoś łatwopalnego. Pierwszym, na co zwróciłem uwagę była kuchenka gazowa. Odkręciłem ją natychmiast. W lodówce stały dwie butelki wódki. Przypomniała mi się na chwilę matka i ze wstrętem zabrałem butelki, po czym poszedłem do łazienki i podnosząc pierwszy lepszy płyn, nie udało mi się domyślić, do czego miał służyć domyślnie, ale wystarczyło mi oznaczenie, że jest to materiał łatwopalny, by uznać go za odpowiedni. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć - w końcu ciągle ulatniał się gaz, a ja chciałem bezpiecznie wyjść z budynku. Wszedłem do pokoju i szybko odkręcając butelki wylałem wszystko na łóżko, na którym leżała wciąż jęcząca z bólu kobieta. Popatrzyłem jej w oczy ostatni raz i podpaliłem, po czym błyskawicznie wybiegłem z mieszkania. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu, ale rozsądek podpowiedział mi, że winda może nie działać w przypadku pożaru, więc zbiegałem szybko po schodach. Nie usłyszałem żadnego wybuchu ani nic, ale z dołu popatrzyłem na górne piętro budynku i zobaczyłem wydobywające się z okien płomienie. Powoli oddaliłem się w kierunku swojego mieszkania.

To był dobry dzień.



Some kind of little world 5. Horses

Stojąc na skraju lasu widziałam w oddali chatkę człowieka od koni. Tak nazywałam go sobie w głowie od rana. Łukasz... to znaczy Kaeyr niewiele mi o nim powiedział. Ma to być jego dobry przyjaciel. Poranek minął nam szybko. Trochę zbyt szybko, jeśli przypomnę sobie ostrzeżenia chłopaka stojącego obok, o niewygodach jakie miały nas wkrótce spotkać. Nie zrozumcie mnie źle - nie boję się ich. Po prostu lubię wygodne życie. Zresztą chyba jak każdy... W każdym razie aktualnie bardziej ciekawiło mnie, co się stanie, co zobaczymy... jak ten świat wygląda, kogo tu spotkam... Myśl o tym, jak wiele możliwości na mnie tu czeka nie wychodzi z mojej głowy.
- Napatrzyłaś się już? - usłyszałam głos obok siebie.
- Ładnie tu jest - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - To tam idziemy? - pokazałam domek stojący na środku polany.
- A widzisz tu jakiś inny? Ruszajmy.

Już po kilku minutach Kaeyr witał się serdecznie z Malcolmem. Tak przedstawił mi człowieka od koni. Starszy mężczyzna był dobrze zbudowany ale przeciętnego wzrostu. Siła i spokój biły od niego. Zauważyłam też, co zresztą nie było zbyt trudne, długą bliznę przecinającą jego twarz.
- Wejdźmy do środka - powiedział, zapewne nie bez trudu zdając sobie sprawę z tego, nad czym teraz myślałam. - Tam będzie się nam dobrze rozmawiało - otworzył drzwi do środka. Przed wejściem spojrzałam jeszcze w bok i zobaczyłam 2 kruczoczarne konie, przebiegające niedaleko chatki. Były piękne. I potężne. Emanowała z nich siła, byłam pewna, że bez problemu doprowadzą nas gdziekolwiek będziemy chcieli. Równocześnie miałam wrażenie pewnej mądrości, pewnego zrozumienia z ich strony. Dziwne uczucie.
Wnętrze było przytulne. Po drugiej stronie pomieszczenia, patrząc od drzwi, stał stół dookoła którego umieszczone były drewniane krzesła pokryte jakimś futrem. Pod oknem stała też ława, częściowo zarzucona różnymi rzeczami, od jakiegoś futra, przez pojedyncze książki, po jakiś pakunek. Nie było to jedyne miejsce, gdzie leżały książki. Po lewej stronie stało coś w rodzaju komody, gdzie oprócz zwykłych przedmiotów codziennego użytku, stało kilkanaście egzemplarzy. Przyjrzałam się zaciekawiona. Nie spodziewałam się znaleźć takich rzeczy w chatce człowieka mieszkającego pośrodku niczego!
- W większości to prezenty od Twojego chłopaka - usłyszałam głos mężczyzny. - Czasem przywiezie mi coś nowego... wiesz, zanim tu trafiłem miałem dosyć ciekawe życie. Pewnie, gdybym musiał tylko patrzeć na konie to już dawno bym zwariował...
- Najpierw trzeba Cię było nauczyć czytać - powiedział Kaeyr.
- Tak... osiłkowie bardzo rzadko mają tę umiejętność. Szczerze mówiąc nie znam żadnego... i pewnie gdybyś mnie nie wyciągnął spod katowskiego noża to nigdy bym tego nie potrafił.
- Oczywiście - Łukasz uśmiechnął się. - Zresztą pamiętasz, gdy Cię mają wieszać, poproś o szklankę wody. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, nim ją przyniosą.
Mężczyzna roześmiał się, po czym powiedział
- Widziałem, jak przyglądasz się mojej twarzy. Stamtąd skąd pochodzisz pewnie nie spotyka się na codzień takich okazów... - jego głos załamał się i spojrzał, jakby z wyczekiwaniem na chłopaka stojącego obok mnie.
- Oj, daj spokój, dziewczyna jest...
- ...z jakiejś tam wsi, tak wiem, wiem, już gdzieś to słyszałem. Tylko, że ona nie zachowuje się, jak dziewczyna z jakiejś tam wsi. Spójrz na to, jak mówi, jak się porusza... przyjrzyj się jej skórze... Poza tym pierwsze, na co zwróciła uwagę to książki stojące pod ścianą.
- Ciekawska jest.
- Nie... To znaczy pewnie tak, chodzi mi o coś innego. Nauczyłeś mnie czytać, gdy miałem trzydzieści pięć lat, jednak nie byłem zwykłym, tępym osiłkiem. Oprócz umiejętności machania żelastwem, które wisi teraz nade mną, musiałem umieć rozpoznawać ludzi, rozszyfrowywać ich... wyłapywać fałszywych. Cóż, widać, byłem w tym wręcz zbyt dobry - roześmiał się, pokazując na bliznę. - Zaprowadź ją do większego miasta i spotkasz takich jak ja. Wtedy przyda się wam lepsza bajeczka - dokończył.
Przyglądałam się przedmiotowi wiszącemu nad Malcolmem. Był to długi miecz, nawet nie trzeba było go brać do ręki, żeby poczuć jego ciężar. Obok wisiały dwie czaszki... chyba ludzkie... do tego pomalowane na czerwono.
- Widzisz - ponownie usłyszałam głos mężczyzny. - Teraz zauważyła. Zwykła dziewczyna ze wsi szybciej rozpoznała by ten znak, niż podeszła do książek. Rozpoznajesz go? - spytał, a ja wyczułam nutkę groźby w jego głosie.
- Daj spokój... masz nas - przyznał się Kaeyr. - Ładnie to rozegrałeś. I weź pod uwagę, że gdybym cię nie znał tak długo, to po tym pewnie już leżałbyś z głową odłączoną od reszty ciała.
Mężczyzna się roześmiał.
- Gdybym nie wiedział, że tego nie zrobisz, to nigdy bym ci tego nie powiedział.
Poklepali się po ramionach.

Rozmawiali jeszcze trochę czasu, a potem Malcolm zaproponował obiad. Kaeyr chciał odmówić, ale silny mężczyzna już rozpalał ogień i stawiał na niego garniec, wkładając mięso i trochę warzyw.
- Będzie dobry gulasz - powiedział.
Nie miałam odwagi aby się odezwać. Ciągle czułam się... dziwnie zagrożona. Chciałam już wsiąść na konie i odjechać gdzieś daleko, poznawać dalej ten świat. Tymczasem drewno już przyjemnie trzaskało i niedługo potem w garnku zaczęło bulgotać.
- Dziewczyno, jak jest Ci na imię? - osiłek zwrócił się w końcu do mnie.
- Mar... Maelia.
Mężczyzna ponownie się roześmiał.
- Drugi raz dziś zdradziłaś, że nie jesteś tą, za kogo się podajesz. Musisz jeszcze potrenować - powiedział. - Martylla? Martianna? Mogłabyś pochodzić zza Wielkiego Morza... A może Marcolma? - uśmiechął się.
- Marta - powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
- Niespotykane tutaj imię. Nigdy więcej go nie wymawiaj. Pamiętaj o tym - powiedział ostro. - Nigdy - popatrzył na Łukasza. - Skąd ją wytrzasnąłeś?
- Zadajesz zbyt dużo pytań - groźnie odpowiedział chłopak.
Na chwilę zapadła cisza zakłócona tylko trzaskiem płonącego drewna i bulgotaniem wody.
- No dobra, niech Ci będzie... nie spytam więcej o nią - odpowiedział ostrożnie Malcolm. - Zresztą, i tak siedzę tutaj na odludziu, nie niepokojony przez nikogo. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko i pojechać gdzieś daleko, pożyć chwilą i umrzeć w jakimś pojedynku...
- Nikt Cię tu nie trzyma...
- Oprócz Twoich koni!
- Dziś je weźmiemy... zresztą, sam tego chciałeś.
- Tak, tak, wiem, wiem... uważaj na to, o co prosisz, powiedziałeś... nawet nie wiesz, jak cierpkie potrafią być marzenia, gdy już się spełnią
- Tak mówiłem. A ty odparłeś, "daj mi konie! Konie!" krzyczałeś.
Roześmiali się. Nastrój zdecydowanie się poprawił.
- No dobra, jedzenie będzie za niedługo gotowe. Opowiem ci, jak to było z tą blizną - popatrzył na mnie. - Służyłem u dosyć dostojnego pana. Moim zadaniem, jak już ci mówiłem wcześniej, było nie tylko bronić go, ale też patrzeć na przybywających, obserwować. Zawsze byłem w pobliżu, zawsze słyszałem, o czym rozmawiali. Oprócz jednego, jedynego razu. Do mojego pana przyjechał bliski krewny. Zachowywał się bardzo dobrze, zresztą znali się ze sobą od dawna. Mieli przedyskutować, jedną bardzo ważną kwestię. Miało to być coś takiego, co nikt, absolutnie nikt oprócz nich nie mógł usłyszeć. Nawet główny ochroniarz. Zresztą pan nie widział potrzeby bronienia go przed kuzynem. Zostawili mnie na dole schodów a sami zamknęli się w komnacie na górze. Nie na długo. Wkrótce kuzyn wybiegł stamtąd. Przebiegając obok mnie uśmiechnął się ironicznie i szybko zniknął za rogiem. Wbiegłem na górę i zobaczyłem martwe ciało swojego pana. Natychmiast wybiegłem wezwać straże... ale one już były na dole. Za nimi stał właśnie tamten kuzyn. Jego wersja wydarzeń brzmiała lekko odmiennie od mojej. Miałem zabić swojego pana, a następnie chcieć dorwać też jego, na szczęście zdążył uciec i wezwać straże. Przyjrzałem się chłopcom w zbrojach i zauważyłem, że nie jest to nikt z naszych, tylko dwóch przybocznych właśnie tego kuzyna. Ładnie to sobie wykombinował. Wyciągnąłem miecz, krzycząc do niego, że nikt mu nie uwierzy, że znają mnie tu od lat, a on jest nowo przybyłym. Popatrzył z politowaniem i powiedział coś w stylu... Przecież twojego tłumaczenia nikt nie usłyszy. Zabić go.
Krótka pauza dała mi chwilę na przyjrzenie się smutnemu obliczu mężczyzny.
- Nie doceniłem ich - kontynuował. - Było ich dwóch na mnie jednego i atakowali zaskakująco szybko. To nie byli zwykli żołnierze. Z takimi poradziłbym sobie raz dwa. To byli najlepsi z najlepszych. Do dziś nie wiem, jakim cudem ich nie rozpoznałem. Miałem w głowie twarze każdego lepszego szermierza. Ich nie znałem... Atakowali ciągle od przodu, w pewnym momencie jeden z nich odskoczył w bok, aby mnie otoczyć. To był jego jedyny błąd, gdyż zdążyłem umieścić swój miecz w jego boku. Niestety zajęło mi to chwilę zbyt długo i nie zdążyłem się odwrócić, a tylko odskoczyłem do tyłu. Nie wystarczająco szybko. Czubek ostrza napastnika przebył niemałą drogę po mojej twarzy - zaznaczył drogę na bliźnie. - Brzęki stali musieli usłyszeć inni wartownicy. Broniłem się jeszcze mimo zalewającej moją twarz krwi, gdy go dopadli. Był dobry, ale każdy szermierz dupa, kiedy wrogów kupa - uśmiechnął się. - Poskładali mnie do kupy i kilka dni później odbył się sąd. Niestety dla mnie, niepomyślny... słowa osiłka przeciwko wielkiemu panu zawsze będą niewiele warte...
- I mniej więcej wtedy pojawiam się ja - wtrącił się Kaeyr.
- Tak... Ciebie też nie znałem nigdy wcześniej. Zresztą, nikt Cię tam nie znał. Mimo to stanąłeś w swoich pięknych czarnych szatach, z czerwonymi zdobieniami. Pamiętam to jak dziś. Powiedziałeś, że wyrok w takiej sprawie nie może zostać wydany od razu. Że słowa obu są wiarygodne i trzeba się dobrze zastanowić, kogo ściąć, a kogo uwolnić. Swoją drogą ciekawi mnie, ile osób zauważyło ten drobny ironiczny gest, gdy mówiąc "ściąć" pokazałeś na kuzyna, a "uwolnić" na mnie. Cóż, miałeś trochę racji, bo w końcu to ja byłem w celi, a on siedział w pełnych wygodach pałacu...
- A w nocy... - zasugerował po chwili milczenia chłopak
- Tak, tak... a w nocy mnie uwolniłeś. Nie mam pojęcia jakim cudem. Serio. Umieścili mnie w najlepiej strzeżonym więzieniu... wiem, bo sam wybierałem ludzi do niego. A Ty mimo to wszedłeś sobie tam, jakby nigdy nic, i wyszedłeś stamtąd, ciągnąc mnie poza wzrokiem strażników przez nieznane mi korytarze. Skąd Ty je znałeś? Służyłem tam przez wiele lat i nie miałem pojęcia o ich istnieniu... zresztą chyba nikt nie miał... nadal nie ma.
- Opowiem ci o tym jeszcze kiedyś - Kaeyr uśmiechnął się. - No, ale jak będziemy tak siedzieć i gadać to nigdzie nie zajedziemy a czując po zapachu, gulasz gotowy.
Malcolm też się lekko uśmiechnął.

Obiad był wyjątkowo dobry. Może nie najlepszy w moim życiu, ale mięso było... inne. Bardzo dobre. Pewnie dlatego, że zapewne był to jakiś zwierz upolowany w lesie, a nie hodowany na ludzkich odpadach i faszerowany antybiotykami. Zaraz po obiedzie Malcolm zaprowadził nas do stajni z tyłu budynku. Było to tylko kilka boksów, każdy stał pusty. Powiedział mi, że na codzień konie pasą się na okolicznych polanach.
- Wyjątkowo inteligentne stworzenia mi przyprowadziłeś - powiedział Kaeyrowi. - Nie budowałem żadnych płotów, zagród, a przez ten cały czas jeszcze nigdy żaden nie uciekł.
Zagwizdał dwie krótkie melodie i czarne konie przybiegły do niego.
- Dobre zwierzęta. Będzie mi ich brakować.
- Masz jeszcze inne.
Malcolm spojrzał na pasące się w oddali stadko.
- Te są najlepsze - odrzekł smutno. - No i dlatego Ci je daje.
Odwrócił się i poszedł na tył stajni. Podeszłam do jednego z koni i poklepałam lekko po szyi. Skłonił się lekko a ja uśmiechnęłam się. W tym czasie mężczyzna przyniósł siodła i zaczął je umieszczać na grzbietach. Były solidnie wykonane, przyglądając się z bliska widać było staranność wykonania szwów. Liczne kieszenie mogły pomieścić wiele drobnych rzeczy. Równocześnie wydawało się dosyć wygodne, a mimo to z odległości kilku kroków wyglądało... zwyczajnie. Widać było, że ktoś przyłożył się do projektu. Zapewne przejeżdżając przez wsie będziemy wyglądać na zwykłych podróżnych a mimo to nie stracimy nic z wygody jaką możemy mieć. Nie mogłam się doczekać, żeby wsiąść i już gdzieś pojechać.. Tymczasem odwróciłam się i grzecznie uśmiechnęłam do mężczyzny.
- Dziękuję - powiedziałam.
- Nie musisz dziękować. Ciągle jestem dłużnikiem twojego chłopaka - skłonił się lekko głową.
- To nie jest mój chłopak - odpowiedziałam odruchowo. Słysząc to, machnął tylko ręką.
- Bywaj, przyjacielu - powiedział do Kaeyra. - Niech wiatr wieje wam zawsze w plecy i niech droga zawsze równą będzie.
- Dzięki, przyjacielu - odpowiedział. - Żyj spokojnie. Niech wiatr niepokojów nigdy tu nie zawieje.
- Czasem troszkę mógłby powiać - zaśmiał się mężczyzna. - Wiesz, chciałbym trochę pomachać żelastwem.
- Jeszcze kiedyś się wybierzemy gdzieś daleko.
- Może tak, może nie... wkrótce będę stary, wtedy już nigdzie nie zajedziemy... ale nie zatrzymuję was. Bierz swoją tajemniczą pannę i jedźcie tam, gdzie macie jechać.
- Trzymaj się zdrów.
- Do widzenia - powiedziałam wsiadając na siodło. Rzeczywiście było wyjątkowo wygodne.

Słońce stało wysoko na niebie, gdy wyjeżdżaliśmy. Niedługo zajęło nam dotarcie do traktu. Wystarczyło przejechać kilka pagórków i na ostatnim zobaczyliśmy w oddali dobrą drogę. Z daleka nie było widać ani jednej żywej duszy na niej.
- A więc zaczęła się nasza podróż - uśmiechnął się Kaeyr. - Będzie Ci się podobać - dodał.
- Wiem - odpowiedziałam.

Koniec części piątej.


Dzisiejsza Europa w obliczu socjalistycznej Czechosłowacji lat '60. Sprytny eksperyment

Nie było i nie jest naszym zamiarem mieszanie się w kwestie będące wewnętrznymi sprawami Waszego Państwa. Nie było i nie jest naszym zamiarem naruszanie zasady respektowania samodzielności i suwerenności. Nie możemy jednak zgodzić się na to, aby demokracja w Waszym Państwie była zagrożona tak samo jak nie możemy się zgodzić na niebezpieczeństwo odłączenia się Polski od Wspólnoty Europejskiej. To nie są tylko Wasze sprawy. Są to wspólne sprawy wszystkich państw demokratycznych i wszystkich państw Unii Europejskiej, zjednoczonych, aby zagwarantować niezależność, pokój i bezpieczeństwo w Europie.

Oto fragment tajnego listu, który przybył z Brukseli do Warszawy. Mając dobrego informatora udało nam się go przejąć. Takie zdania usłyszała część z Was jakiś czas temu. Przeprowadziliśmy sprytnie zaplanowany eksperyment, który dał wyniki, które nas zaskoczyły, niestety, w smutny sposób. Do tego, jaka jest dzisiejsza Europa wrócę później, najpierw trochę historii.

W latach '60 w Czechosłowacji zaczęły narastać głosy opozycyjne wobec władzy. Spowodowane były przede wszystkim przez kryzys gospodarczy i społeczny, coraz mocniej ogarniający to państwo po 1948. Oprócz tego na Słowacji dochodziły napięcia na tle narodowościowym. To wszystko powodowało szybko postępującą falę odwilży. Już początkiem lat '60 wzywano do uznania wyklętego do tej pory Franza Kafki - niemieckojęzycznego pisarza pochodzenia żydowskiego, związanego mocno z Pragą - stolicą Czech. Odsyłam do jego powieści, w których stworzył model nazwany sytuacją kafkowską, chodzi w nim o konflikt jednostki z kimś, kto ją kontroluje. Groteska, niejednoznaczność, poczucie zagrożenia - to wszystko znajduje się u niego.

Wracając do tematu - ideologia komunistyczna nie przystawała do zmian społecznych (np. powstania Czechosłowackiej Nowej Fali), czy importowanych z Zachodu prądów kulturowych, jak np. ruchu hippisowskiego. Zaczęto przeprowadzać reformy. W kwestii gospodarki chodziło o liberalizacje  cen i wprowadzenie elementów wolnorynkowych - oczywiście nie chciano zlikwidować gospodarki socjalnej, chodziło raczej o danie przedsiębiorstwom większej samodzielności. Jeśli chodzi o politykę - Komunistyczna Partia Czechosłowacji miała zachować swoją rolę kierowniczą, jednak miała ona być bardziej pluralistyczna. Zwiększyła się też wolność prasy, słowa, swobody przemieszczania się.

W skrócie - wszystko szło w dobrym kierunku, kierunku zmian i obalenia socjalizmu.

Oczywiście to wszystko nie mogło się spodobać Moskwie. Zagrożone było istnienie całego Związku Radzieckiego - w innych państwach zaczęły popularyzować się hasła przeciwko komunizmowi - np. "Polska czeka na Dubčeka" (który wprowadzał te zmiany w Czechosłowacji). Co więcej, na spotkaniu przedstawicieli partii komunistycznych w Dreźnie określono to, co działo się za naszą południową granicą jako "kontrrewolucje". Jeśli oglądaliście film Czarny Czwartek Antoniego Krauzego to na pewno kojarzycie zdanie "Z kontrrewolucją się nie rozmawia. Do kontrrewolucji się strzela."

I to niestety stało się w 1968 roku. W nocy z 20 na 21 sierpnia rozpoczęła się operacja Dunaj, która skutecznie przywróciła socjalizm. Wziął w niej udział cały Układ Warszawski, w tym również Polska, czego starsi Czesi do dziś nie potrafią nam wybaczyć.

Więcej informacji na temat operacji Dunaj i ogólnie Praskiej wiosny znajdziecie w internecie (dla leniuszków: https://pl.wikipedia.org/wiki/Praska_wiosna oraz https://pl.wikipedia.org/wiki/Operacja_„Dunaj”) chodziło mi tylko o szybkie nakreślenie obrazu zaistniałej sytuacji. Sytuacji, w której ludzie chcą zmian tego, co jest narzucone odgórnie. Przede wszystkim wolności i suwerenności.

Wykorzystując pewnego rodzaju zamieszanie w aktualnej polityce polskiej pozwoliłem sobie na małą manipulacje wykorzystując przytoczony na początku cytat. Specjalnie dobrałem osoby, którym go przekazałem, tak, aby mieć osoby o jasno zdeklarowanych poglądach politycznych, zarówno z jednej jak i drugiej strony. Wniosków łatwo się domyślić, powiem tylko, że pierwsza część przyznała zachodnim władzom racje, podkreślając, jak ważna jest obrona demokracji w Polsce, druga grupa sądziła coś zupełnie odwrotnego. Tego można się było łatwo spodziewać :)

Zaskoczyło mnie za to coś innego. Nikt z tych osób nie zauważył tego, co pewnie widzi już wiele z was - tekst jest wymyślony. Nie został jednak wybrany przypadkowo, to zmieniony fragment listu znany jako doktryna Breżniewa, pozwolę sobie zacytować:
Nie było i nie jest naszym zamiarem mieszanie się w kwestie będące wewnętrznymi sprawami Waszej Partii i Waszego Państwa. Nie było i nie jest naszym zamiarem naruszanie zasady respektowania samodzielności i równości w stosunkach pomiędzy partiami komunistycznymi i krajami socjalistycznymi […]. Nie możemy jednak zgodzić się na to, aby wrogie siły zawróciły Wasz kraj z drogi socjalizmu i spowodowały niebezpieczeństwo odłączenia się Czechosłowacji od wspólnoty socjalistycznej. To nie są tylko Wasze sprawy. Są to wspólne sprawy wszystkich partii komunistycznych i robotniczych i wszystkich państw zjednoczonych sojuszem przez współpracę i przyjaźń. Są to wspólne sprawy naszych państw, które zjednoczyły się w Układzie Warszawskim, aby zagwarantować niezależność, pokój i bezpieczeństwo w Europie, aby stawić tamę imperialistycznym siłom agresji i rewanżyzmu.

Jak dobrze widać, pomijając kilka zmian stylistycznych i skrócenie tekstu, jedyne co zamieniłem to stwierdzenia w stylu "Waszej Partii", "partiami komunistycznymi", "krajami socjalistycznymi" itp. na stwierdzenia w stylu "waszego państwa", "demokracji" itd.

Nie trudno wyjść z zdumienia jak wiele narracja współczesnej polityki europejskiej ma wspólnego z narracją prowadzoną np. przez ZSRR.

Wnioski pozostawiam czytelnikom :)


Zarzuty wobec systemu oceniania

Klasyczny system oceniania zawsze wzbudzał we mnie wiele wątpliwości. Było to zarówno w czasach, gdy zdobywałem same "piątki" jak i w tym, gdy były gorsze oceny. Chodziło mi o to, że ten system jest praktycznie całkowicie nieobiektywny. Kryteria oceniania w teorii, wymaganiach na dane oceny, są dobrze opisane. W praktyce różnice w posiadanej wiedzy są ogromne - jej ilość zależy nie tylko od przedmiotu (co jeszcze mogłoby być w niektórych przypadkach zrozumiałe), ale co gorsze - od takich czynników, jak szkoła, czy konkretny nauczyciel.

Chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że jako osoba studiująca fizykę, której bardzo mocno wpaja się pewne zasady, to bardzo naturalne jest dla mnie myślenie, że 5=5. Tego nie ma jednak w współczesnych systemach oceniania!

Okey, uporządkujmy trochę to wszystko, więc po kolei.

Jednym z lepszych systemów określenia, ile wiedzy ma dana osoba, są poziomy biegłości językowej. Nie ma tutaj stwierdzeń "znasz angielski bardzo dobrze", albo "twój francuski jest dostateczny" - jak ma to miejsce w szkołach. Jest za to prosta klasyfikacja od A1 - poziomu początkującego, do C2 - profesjonalnego, z dokładnymi opisami, co dana osoba musi umieć. Dzięki temu dużo lepiej jestem w stanie wyobrazić sobie, co umie osoba z poziomem B2, np. w porównaniu do osoby z poziomem C1, niż osoba, która sama o sobie napisała, że umie "bardzo dobrze", w porównaniu do osoby, która napisała, że "dobrze".

Pierwszy system jest obiektywny, a drugi subiektywny.

Dla każdej osoby związanej z naukami powiązanymi z matematyką obiektywizm powinien być głównym wyznacznikiem jakości. Więc dlaczego nie ma go w naszych systemach oceniania?

Trafiamy tutaj na bardzo trudny do przeskoczenia problem, leżący bardzo głęboko w mentalności. Każdy człowiek lubi być chwalony. Kiedy uda nam się coś osiągnąć czujemy dumę. Kiedy dziecko przynosi rodzicom dobre oceny, jego rodzice czują coś, co dr. Paul Ekman opisuje jako naches. Pozytywne uczucia stają się sporym kłopotem, jeśli uświadomimy sobie, że ta informacja nie jest obiektywna, a raczej jest porównaniem ucznia do innych. Chyba każdy zgodzi się, że posiadanie samych "piątek" na Uniwersytecie Harvarda będzie trudniejsze, niż na Akademii Bolka i Lolka w Koziej Wólce. Oceny stały się wyróżnieniem spośród innych, a nie obiektywnym wyznacznikiem posiadanej wiedzy. Oczywiście najczęściej nie jest to podane wprost - po prostu wszelkie testy i egzaminy są tak ustalone, aby najlepsze oceny mogły zdobyć tylko najlepsze osoby.

Musimy się tu na chwilę zatrzymać. Nie chcę negować tego, że oceny są całkowicie niepotrzebne. Wręcz przeciwnie - ludzie są próżni (chociaż raczej nie przyznają się do tego), więc dzięki nagradzaniu ich za osiągnięcia sprawiamy, że szybciej się rozwijają, co ma duże zalety dla nas wszystkich. Chodzi mi tutaj raczej o częste złudne poczucie posiadanej wiedzy. Jest to widoczne przede wszystkim w słabszych szkołach, gdzie nagle większość uczniów ma same bardzo-dobre oceny. Czy w takim razie słuszne jest powiedzenie o tych szkołach, że są słabsze? Przecież ich uczniowie mają same bardzo-dobre oceny... Zataczamy małe błędne koło, więc odniosę się tylko do szkół średnich. Powód jest prosty -  jest po nich ogólnopolski egzamin, który w miarę dobrze pokazuje, kto jest "lepszy" - umie więcej, ma większą wiedzę, a kto "gorszy" - umie mniej itd. Pamiętam z swoich czasów, gdy chodziłem do liceum, że wielu znajomych z gimnazjum, którzy poszli do techników lub zawodówek, nagle okazywali się wręcz ogromnymi talentami! Średnie powyżej 4.0, uznanie w swoich szkołach, można powiedzieć nieodkryte talenty... Tylko większość z nich nie zdało matury. Nie uważam tego za przypadek.

Dochodzimy do sedna problemu. Ocena nie mówi obiektywnie o posiadanej wiedzy, jest tylko subiektywnym wyznacznikiem, zależnym od szkoły, nauczyciela, a nawet miejscowości.

Bardzo brakuje mi możliwości porównania wiedzy z różnych dziedzin w sposób analogiczny, jak przy językach. Podam prosty przykład: osoba mająca 3 z języka hiszpańskiego będzie wiedziała dużo więcej, niż osoba mająca 4 z francuskiego, jeśli ta pierwsza uczy się aktualnie na poziomie C2, a ta druga na poziomie A1. Porównując tylko liczby dochodzimy do wniosku, że skoro 4>3 to druga osoba powinna wiedzieć więcej, co jest w zdecydowanej większości przypadków błędnym wnioskiem. Naprawdę dobrym porównaniem byłoby porównanie poziomów biegłości - w których C2 jest zdecydowanie wyżej, niż A1.

Podsumowując chciałbym zadać proste pytanie - dlaczego nie ma takiego systemu dla innych przedmiotów? Określenie kilkustopniowych poziomów nauczania dałoby bardziej wymierne informacje na temat tego, co dana osoba umie, oraz umożliwiłoby łatwiejsze porównywanie kompetencji z danej dziedziny.

Oczywiście, nie uważam, że ten system jest pozbawiony wad, jednak jest o wiele lepszy, niż przestarzały już system subiektywnych ocen 5-stopniowych. Dlaczego więc trzymamy się ich tak mocno?




Przy okazji chciałbym zaprosić każdego na otwarte spotkania w ramach Poniedziałków Naukoznawczych, odbywających się co tydzień w Instytucie Botaniki UJ (Kraków, ul. Kopernika 27). 16 maja będę wygłaszał referat pt. "Wiara we współczesnej fizyce". Każdego zainteresowanego zapraszam do przyjścia i udziału w dyskusji.