Generalne uczucie szczęścia

Był sobotni wieczór, dosyć ciepły jak na zbliżającą się zimę. Dawno nigdzie nie wyszła, więc gdy ten chłopak ją zaprosił - od razu się zgodziła. Był punktualny, ona nie, jednak czekał cierpliwie przed drzwiami. Ubrany elegancko, może trochę za bardzo jak dla niej. Otworzyła drzwi i zaniemówiła z wrażenia. Nigdy nie była uważana za ładną dziewczynę, a tak przystojny chłopak chciał spędzić ten wieczór razem z nią.

Poznała go ledwo kilka dni wcześniej, w autobusie. Siedziała, jak zwykle sama - linia którą jeździła nie była zbyt oblegana, a chłopak sam z siebie się dosiadł, zagadał, pytając o książkę, którą właśnie czytała. W pierwszym momencie nie zwróciła nawet na niego uwagi, dopiero jak powtórzył pytanie drugi raz zorientowała się, że ktoś koło niej siedzi. Popatrzyła na niego, odgarniając na bok czarne loki. Uśmiechnął się, a ona wiedziała, że zapamięta ten moment do końca życia. Niektórzy nazywają to miłość od pierwszego wejrzenia.

Cóż, przynajmniej wtedy tak myślała.

Rozmawiali nieprzerwanie, aż odprowadził ją pod same drzwi, mimo tego, że nie było mu to po drodze. Pożegnali się i dziewczyna weszła do środka. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że spędziła najszczęśliwsze pół godziny swojego życia, a nawet nie zna imienia tego chłopaka. Wyjrzała na zewnątrz, jednak już go nie ujrzała. Zmartwiona powlokła się do pokoju, rzuciła się na łóżko i zasnęła. Natychmiast pojawił się w jej snach. Tak bliski, tak realny... a właściwie nierealny.

A teraz stał tuż przed nią. Ubrany w czarną marynarkę, pod którą dostrzegła czerwoną koszulkę. Krótkie blond włosy zaczesane niby niedbale, lekko do tyłu. Miała wrażenie, że nie wygląda przy nim zbyt dobrze. Ubrała co prawda swoją ulubioną, czarną sukienkę, a do tego najlepsze buty, jednak pewien brak pewności siebie powodował, że chciała się schować. Zamiast tego oblała się rumieńcem. Przez dobrych kilka chwil nie mogła nic z siebie wydusić.
Po kilku minutach rozmowy nie myślała już o tym, kontemplując chwilę, chcąc zatrzymać czas, zostać przy nim. Nie wiedziała jak to możliwe, ale była pewna, że zakochała się w chłopaku, którego dopiero co poznała. Nigdy wcześniej się jej to nie zdarzyło.

W końcu doszli do celu - domu na obrzeżach miasta, w którym odbywała się domówka z udziałem znajomych chłopaka. Już będąc na zewnątrz słychać było muzykę oraz błyskające w oknach światła. Nie powinnam tam iść, przemknęło jej przez chwilę przez głowę, jednak popatrzyła znowu na niego, uśmiechnęła się, chwyciła go pod ramię, i razem weszli do środka.

Była to jej pierwsza impreza, nigdy nie była za bardzo rozrywkową osobą. Większość czasu spędzała nad książkami, była więc osobą zbyt nudną dla tzw. imprezowych znajomych. Nie była również szczególnie ładna, nie brzydka - to prawda, ale za piękność uchodzić nie mogła. Wchodząc do środka była więc mocno zestresowana - nie wiedziała jak się zachować, a do tego mnóstwo nowych ludzi, witających ich już od progu. Było ich więcej, niż się spodziewała. Szybko została pobieżnie przedstawiona kilku dziewczynom, które stały najbliżej wejścia, gdy jej partner przeprosił ją, mówiąc, że za chwilę wróci. Nie została jednak sama - nowo poznane dziewczyny chętnie z nią rozmawiały, na wszelkie tematy, bardzo szybko ktoś przyniósł alkohol. Piła pierwszy raz w swoim życiu, jednak drink całkiem jej zasmakował, wypiła więc całą szklankę na raz, po czym popatrzyła się na pozostałe dziewczyny i zdziwiona zauważyła, że one wypiły około czwartej części zawartości. Stwierdziła również, że dziwnie na nią patrzą, na szczęście w tym samym momencie przyszedł ten chłopak, jej chłopak, pomyślała, chociaż wiedziała, że to nie prawda. Jeszcze - ostatnia myśl przemknęła jej przez głowę, gdy on wyciągał ją na środek parkietu. Nie tańczyła nigdy wcześniej, chyba, że sama, jednak dała się mu całkowicie poprowadzić i po chwili sama była zdziwiona, jak dobrze im to wychodzi. Cały świat zawirował, wtedy liczył się on, i tylko on. Cały świat nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ograniczył się do postaci tego właśnie chłopaka. Oraz tego tańca, niekończącego się, oraz pięknego. W końcu musieli odpocząć, wypili kolejne kieliszki alkoholu. Po czym znowu poszli tańczyć, i wtedy, gdy tak wirowała zaczynała czuć, że przestaje czuć, co się z nią dzieje.

Jedyne co pamiętała to dziwne, generalne uczucie szczęścia.

Potem nagle znaleźli się na zewnątrz. Przytuleni do siebie patrzyli w niebo, usiane tysiącami gwiazd. Księżyc w pełni, niezakłócony ani jedną chmurką stwarzał bajkową atmosferę. Chciała, by ta chwila trwała, do końca, na zawsze. Patrząc w niebo zauważyła, że zostało przecięte pojedynczą spadającą gwiazdą.
- Widziałaś? - odezwał się chłopak. - Spadająca gwiazda. Pomyśl życzenie, a na pewno się spełni.

Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła, ale nagle obróciła się w jego kierunku, a on przyciągnął ją bliżej do siebie, a ich wargi spotkały się w niekończącym się pocałunku. Ponownie cały świat dla niej zawirował, ograniczył się tylko do niego, do tej krótkiej chwili, do ciepła jego warg. Nic więcej się nie liczyło, bo nic więcej nie miało teraz znaczenia. Tylko ona i on.

Niestety alkohol dawał o sobie znać, nie pozwalając zapamiętać wszystkiego. Czuła się dziwnie, jednak dała się mu prowadzić ze sobą. Była wciąż przytulona do niego, gdy przekraczali próg domu. Jego domu.
Pocałowała go, gdy wchodzili do sypialni, i nie przeszkadzała w żaden sposób, gdy rozpinał suknie...

A potem nie pamiętała już nic. Pozostało jej tylko dziwne, generalne uczucie szczęścia.


Niebiańskie opowieści

Ludzie powiadają, ze los każdego jest przepowiedziany od początku. Jedni nazywali to wolą Bożą, inni - przeznaczeniem, jednak wiele zbiegów okoliczności, które były właściwie niemożliwe, trudno było nazwać przypadkiem. Jednak jak było naprawdę - to wiedzieli tylko nieliczni.

Było ciepłe letnie popołudnie. Dwaj bracia - jeden cały w bieli, drugi odziany w czerwień, stali przed szpitalem.
- Wkrótce się urodzi - powiedział pierwszy.
- Trzeba powiadomić Wyrocznie - odpowiedział drugi.

Kim była Wyrocznia? Nikt dokładnie nie wiedział. Istniała od zawsze, jej przepowiednie kształtowały świat od tysięcy lat. Nigdy się nie myliła. Bracia odwrócili się do niej, przyglądając uważnie staruszce. Siwe włosy, zmarszczki, zawsze zgarbiona, widzieli ją tyle razy, a ona nigdy się nie zmieniała. Popatrzyła na nich i nic nie mówiąc zaprosiła do środka - wiedziała po co przyszli. Pomieszczenie było niewielkie, bez okien, oświetlane świecami, panował półmrok i zaduch, a dodatkowo dym z kadzideł przeszkadzał w dojrzeniu czegokolwiek. Staruszka podeszła do stojącej przy ścianie szafy, by wyciągnąć z niej kości - starożytne i magiczne. Bracia w tym czasie usiedli przy stole. Po chwili Wyrocznia dołączyła do nich. Popatrzyła smutno na jednego a następnie na drugiego i obwieściła
- Pierwsze losowanie.

Trzeba bowiem wiedzieć, że losy zawsze były trzy. Trzy najważniejsze rzeczy mówiące o tym, co człowiek osiągnie, jaki będzie.
Pierwsza liczba dotyczyła talentów nowo narodzonego. Im wyższa liczba, tym więcej ich dostanie.. i tak też się stało, 6 zostało wylosowane. Staruszka popatrzyła na braci.
- Zaprawdę powiadam wam - powiedziała. - Młodzieniec wiele rzeczy będzie potrafił. Nauczy się czegokolwiek będzie chciał. Będzie mógł umieć wszystko - w tym momencie pierwszy z braci nieznacznie się uśmiechnął. - Lecz powiadam wam, będzie umiał zbyt wiele. Szóstka bowiem jest liczbą zepsutą. Będzie wszystko umiał, lecz nie będzie potrafił tego dobrze użyć. Jego wiedza przyniesie więcej zła, niż dobra, nie tylko dla niego, a również dla jego bliskich - drugi brat popatrzył triumfalnie na pierwszego. -Tak będzie, bo tak miało być - dodała.

I tak zakończyło się Pierwsze Losowanie. Dwa pozostały do końca. Drugie dotyczyło jego przyjaźni i popularności. Osoby losujące jeden całe życie spędzali samotnie, poznając w końcu kobietę swojego życia, jednak nigdy nie mieli przyjaciół, znajomych, ich życie nie było szczęśliwe. Staruszka rzuciła kością.
- Ponownie 6 - powiedziała. - Młodzieniec pozna więcej osób, niż będzie w stanie zapamiętać. Z wieloma będzie się przyjaźnił, nigdy nie będzie mu brakowało towarzystwa, kolegów i dziewczyn. jednak zaprawdę powiadam wam, 6 jest liczbą przeklętą, chłopak w końcu zapomni kto jest dla niego naprawdę ważny, w końcu będzie samotny. Samotny pośrodku wielu nieznajomych. Tak będzie, bo tak miało być.

I tak zakończyło się Drugie Losowanie. Jedno już tylko pozostało do końca. Ostatnie było losem przynależności. Odwieczna walka między Bogiem a Szatanem, do kogo nowonarodzony ma należeć, rozwiązane przy pomocy rzutu kością. Jeden oznaczało, że nigdy nie odnajdzie Boga w swoim życiu. Nie musi być złym człowiekiem, po prostu nigdy nie będzie blisko Boga. Staruszka rzuciła kością.
- Ostatnia liczba, to również 6 - powiedziała. - Chłopak będzie blisko Boga, tak blisko, ze pozna jego tajemnice. Będzie go to doprowadzać na skraj szaleństwa, w końcu nie wiedząc co jest prawdą, a co kłamstwem będzie raz bardzo blisko, a raz daleko. Tak będzie, bo tak miało być.

I tak zakończyło się Trzecie Losowanie. Wszystko zostało przepowiedziane. Drugi brat, ubrany w czerwień wstał i zaśmiał się.
- Liczby układają się w 666 - powiedział, a w jego oczach zapłonął żywy ogień. Odwrócił się z skrzydłami wyrastającymi z pleców. - Lecę do swojego pana, ty poleć do swego i powiedz mu o wyniku - dodał, zwracając się do białego brata.




7 lat później młodzieniec poszedł do szkoły. Z nauką nigdy nie miał problemu, talentów aż nazbyt, instrumenty muzyczne, czy sporty nie były dla niego żadnym wyzwaniem. Wzorowy uczeń, w końcu student, zawsze pomysłowy, rezolutny... Jednak nigdy nie potrafił wykorzystać dobrze żadnego talentu. Więcej zła, niż dobrego czynił, wykorzystując swą wiedzę w najgorszy możliwy sposób, manipulując ludźmi, oszukując, coraz bardziej pragnął pieniądza tak, że wszystko mógłby dla niego uczynić. Mądrość jego i wiedza, tak ogromna, poszła na zatracenie, i tak dokonała się Pierwsza Przepowiednia.




Chłopak zawsze wiedział, co powiedzieć, by ludzie go lubili. Bez problemu zawierał nowe znajomości, nowe przyjaźni, nigdy nie był sam, zawsze ktoś mu towarzyszył. Mogło się wydawać - niczego mu nie brakowało, jednak w pewnym momencie odkrył, że choć może z wszystkimi rozmawiać o niczym, z każdym może się pośmiać, że chociaż codziennie może mieć inną dziewczyną, bo każda będzie go chciała, to mimo to nie miał nikogo, komu mógłby opowiedzieć o swoich problemach. Był samotny w tłumie, i tak dokonała się Druga Przepowiednia




Niczym wzór do naśladowania, tłumaczył zawsze bez większych problemów Pisma. Od dzieciństwa jego kontakt z Bogiem był ogromny, znajdował się bardzo blisko Niego. Chciał wiedzieć więcej i więcej, ciekawiło go to. Jednak w końcu zaczął dostrzegać pewne rzeczy, których nie powinien nigdy dostrzec. Sprzeczności tak wiele, a nie miał nikogo, kto potrafiłby mu pomóc je rozwiązać. Na zmianę blisko i daleko od Boga, w końcu przestał w ogóle o nim myśleć, i tak dotrwał do śmierci, i tak dokonała się Trzecia Przepowiednia




Na łożu śmierci leżał sam, zapomniany przez wszystkich. Wiedział, że to jego ostatnia godzina, popatrzył przez okno i łza popłynęła po policzku na wspomnienie wszystkiego, co się wydarzyło. Gdy już dochodził koniec jego życia, przy jego łóżku pojawili się dwaj bracia. Popatrzył zdziwiony, wszak widział ich pierwszy raz w życiu i to w takim momencie. Pierwszy brat wyraźnie smutny, wiedział, że przegrał bitwę o tego człowieka, i chociaż wiedział od początku, że tak będzie, to wciąż miał nadzieję, że jednak umierający się nawróci. Niestety rozsądek przypominał mu o wyroczni, która wiele lat wcześniej przepowiedziała to wszystko. Drugi brat dla odmiany promieniał z radości. Kolejna dusza, kolejna dusza - powtarzał. I to tyle warta, tyle warta! - dodawał co jakiś czas. Zdumienie mężczyzny pogłębiało się, jednak nie miał siły zapytać już o nic. W ostatniej sekundzie swojego życia przypomniał sobie całe swoje życie, wszystkie złe i dobre czyny, chociaż tych pierwszych było więcej. W ostatniej sekundzie zapłakał, prosząc Boga o wybaczenie. Wiedział, że był grzesznikiem, znał Pisma i wiedział co robił źle. I nie chciał skończyć na wiecznym potępieniu. Więc w ostatniej sekundzie swojego życia zawołał do Pana, a potem wyzionął ducha. Bracia popatrzeli na niego zdziwieni. Dawno nie widzieli człowieka, który miałby w sobie tyle sprzeczności, tyle rozterek. Biały brat zaśmiał się.
- Co się stało? - Zapytał go brat czerwony.
Biały brat jeszcze raz głośniej zaśmiał się i odpowiedział mu:
- Bóg go wysłuchał


Praca maturalna - Dylematy moralne bohaterów literackich

Temat mojej pracy maturalnej brzmiał: Dylematy moralne bohaterów literackich - omów zagadnienie odwołując się do bohaterów wybranych utworów.


1.     Wstęp


Wybrałem ten temat, gdyż dylematy moralne są czymś, co prawie każdy z nas w życiu doświadcza. Jest wiele sytuacji w bardzo trudnych, w których ciężko wybrać dobrze, czasem nawet nie wiadomo, wybierając, co postąpimy dobrze. Przykładem może być eksperyment myślowy nazwanym „dylematem wagonika” – wagonik wyrwał się spod kontroli i pędzi w dół po torach wprost w grupę pięciu ludzi. Możemy przestawić zwrotnicę, jednak na drugim torze znajduje się jedna osoba. Przestawiając skazujemy ją na śmierć, zostawiając narażamy na śmierć pięciu ludzi znajdujących się na torze. Wybór nie jest łatwy. Podobnie bohaterowie lektur bardzo często musieli dokonywać ciężkich wyborów. Mam jednak nadzieję, że nikt z nas nie będzie musiał nigdy podejmować tak trudnych decyzji.

2.     Antygona


Pierwszą postacią, którą omówię jest Antygona, tytułowa bohaterka tragedii Sofoklesa. Jest córką króla Edypa, na którym ciąży klątwa związana z zabiciem swojego ojca. Antygona jest to postać dumna, porywcza, zdecydowana i energiczna. Te cechy sprawiają, że mimo zakazu swojego króla - Kreona, pochowała Polinejkesa, swojego brata. Był on zdrajcą, żądnym krwi i władzy, więc Kreon nie chce, aby zarówno Polinejkesa jak i Eteoklesa, który był wiernym obrońcą ojczyzny, stanął w szranki z bratem i ofiarnie bronił Teb, aby ich obu spotkał taki sam pośmiertny los, więc zakazuje grzebania Polinejkesa. Wydaje się mu to racjonalne, że obrońca miasta będzie pochowany z honorami, zaś zdrajca – pozbawiony czci, a jego ciało porzucone, jest to jednak sprzeczne z prawami boskimi. W tamtych czasach było to przestępstwem religijnym. Według prastarego obyczaju sakralnego karze podlegała osoba, która ujrzawszy niepogrzebanego trupa, nie przykryła go choćby cienką warstwą piasku. Antygona w obronie tych praw decyduje się godnie pochować brata. Pragnie ona, aby jego dusza zaznała pośmiertnego odpoczynku w krainie Hadesu i nie błąkała się po świecie.
Była jednak świadoma, że pochowanie brata spowoduje wejście w konflikt z prawem państwowym. Mimo wszystko pozostaje wierna swoim przekonaniom.
Na argumenty Kreona, dotyczące konieczności wydania rozkazu odpowiada:

„Któż wie, jakie wśród zmarłych są prawa?”

W końcu bardziej lęka się ona konsekwencji wynikających z niespełnienia powinności wobec bogów, niż prawa ustanowionego przez człowieka:

„A nie mniemałam, by ukaz twój ostry
Tyle miał wagi i siły w człowieku,
Aby mógł łamać święte prawa boże
Które są wieczne i trwają od wieku,
Że ich początku nikt zbadać nie może.
Ja więc nie chciałam ulęknąć się człeka
I za złamanie praw tych kiedyś bogom
Zdawać tam sprawę. Bom śmierci ja pewna
Nawet bez twego ukazu”.

Wie, ze łamiąc rozkaz naraża się na śmierć, jednak godzi się ze swoim tragicznym losem. Uznaje wyższość bogów, nie człowieka.

Kreon natomiast nawet w momencie, gdy dowiaduje się o przestępstwie Antygony – jego krewnej i narzeczonej jego syna, Hajmona, nie zmienia rozkazu. Uważa on, że ten, kto dopuścił się jawnego złamania prawa, musi zostać ukarany. Nieistotne są tu więzy krwi, powinowactwo, czy uczucia syna, który „walczy” o narzeczoną podczas rozmowy z ojcem. Król radzi mu, aby wybrał sobie inną kobietę na żonę:

„Synu, nie folguj więc żądzy, nie porzuć
Dla marnej dziewki rozsądku! (…)
Przeto ze wstrętem ty porzuć tę dziewkę (…)”

Jednak warto zaznaczyć, ze Kreon sam jest w trudnej sytuacji – musi wybierać między prawem rodzinnym, swoimi uczuciami, sumieniem a prawem państwowym i autorytetem władzy. Nie można przecież zapominać, że Antygona była członkiem rodziny, przedstawicielką rodu królewskiego i narzeczoną Hajmona. Chociażby ze względu na swojego syna Kreon mógł cofnąć rozkaz, jednak obawiał się utraty autorytetu.

Kreon wybierając dobro społeczne naraża się bogom. W Epejsodionie V pojawia się w końcu wieszcz Tejrezjasz, który namawia Kreona do zmiany decyzji, argumentując, że nie zrobienie tego ściągnie nieszczęście na miasto oraz na samego króla. Ten w końcu zgadza się ułaskawić Antygonę i pochować Polinejkesa. Jak się jednak okazuje – Antygona powiesiła się, natomiast Hajmon z rozpaczy popełnił samobójstwo. Na wieść o śmierci swojego syna zabija się również Eurydyka – żona Kreona.
Władca zostaje sam, bez bliskich.

3.     Konrad Wallenrod


Drugą postacią, o której opowiem, jest Konrad Wallenrod – tytułowy bohater utworu Adama Mickiewicza. Ma on dwie biografię i dwa imiona – Konrad Wallenrod to Walter Alf z „Powieści wajdeloty”. Jako dziecko Walter został porwany przez krzyżaków z rodzinnej Litwy, nie traci jednak tożsamości narodowej dzięki pieśni śpiewanych przez Halbana – starego Litwina, który także przebywał na dworze krzyżackim. Pieśni wyzwalają w nim nie tylko poczucie patriotyczną tęsknotę za ojczyzną, ale również nienawiść do zakonu. Jako młody mężczyzna ucieka na Litwę, na dwór księcia Kiejstuta. Zakochuje się tam w jego córce – Aldonie, którą poślubia. Opuszcza ukochaną, by drogą podstępu zniszczyć Zakon. Pod przybranym nazwiskiem, jako Konrad Wallenrod – wstępuje w szeregi zakonu a następnie, już jako Wielki Mistrz – doprowadza do klęski wojsk krzyżackich w wojnie z Litwą.

Bohater musi wybierać wiele razy, a każde rozwiązanie przynieść mu może jedynie cierpienie. Pierwszy wybór, przed którym jest postawiony, to wybór między miłością do ojczyzny, a miłością do kobiety. Okazuje się bowiem, że obie nie mogą w życiu bohatera współistnieć we wzajemnej zgodzie – któreś z nich musi zostać poświęcone. Musi on zdecydować, czy poświęci dobro ojczyzny dla własnego szczęścia, przy boku ukochanej kobiety, czy raczej wybierze patriotyczny obowiązek, tym samym pozbawiając się szczęścia w życiu prywatnym, raniąc ukochaną, a siebie samego skazać na męki tęsknoty i świadomości utraconego szczęścia.
Konrad żeni się z Aldoną, jednak wtedy ma już postanowioną decyzję o zemście na Zakonie Krzyżackim. Gdy pojawia się gorąca, odwzajemniona miłość do kobiety, a przed oczami rysuje się wizja szczęśliwych chwil małżeńskiego życia, bohater staje przed trudnym wyborem, którego skutki będą dla niego tragiczne – wybierając ojczyznę traci możliwość szczęśliwego życia osobistego, gdy zaś wybierze miłość ukochanej zrujnuje spokój własnego sumienia.

„Szczęścia w domu nie zaznał, bo nie było go w ojczyźnie”

Ład narodowy stanowi gwarancję osiągnięcia szczęścia osobistego. Walter Alf opuszcza Aldonę skazując zarówno siebie, jak i ją na rozpacz i cierpienia z tęsknoty. To, że ją rani, nie pozostaje dla niego bez znaczenia; często w trakcie, gdy rozmawiają, przewija się ubolewanie Konrada nad jej losem, zrujnowanym szczęściem.

Warto tutaj zauważyć pewną analogię między głównym bohaterem a autorem powieści. Adam Mickiewicz będąc na zesłaniu w Rosji. Pracował nad tekstem, gdy był przymusowo zatrudniony w kancelarii generała-gubernatora, księcia Dymitra Golicyna, jako urzędnik państwowy. Jego sytuacja była tym samym dwuznaczna – z jednej strony znany był już jako działacz filomacki, z drugiej strony służył (chociaż wbrew własnej woli), znienawidzonemu zaborcy. Na co dzień był posłusznym urzędnikiem administracji carskiej, myśli jego jednak cały czas krążyły wokół walki z zaborcą i wyzwolenia się Polski. Do wszystkiego dorzuciła się klęska powstania dekabrystów, w których Mickiewicz stracił swoich bliskich rosyjskich przyjaciół. Uświadomił sobie też w tym momencie, ze Rosja jest zbyt potężnym mocarstwem, aby pokonać ją w otwartej walce – należało poszukać innych dróg.

Mickiewicz musiał uzyskać zgodę carskiej cenzury, co dla niego – poety zesłanego za antyrosyjską działalność – nie było prostym zadaniem. Akcje utworu umieszcza więc w XIV wieku. Nie mógł przecież napisać o walce z zaborcą wprost – cenzura nigdy by tego nie dopuściła do druku.

4.     Hamlet


Kolejną postacią jest tytułowy Hamlet z tragedii Williama Szekspira. Jest on księciem duńskim, którego ojciec dopiero co umarł. Okazuje się jednak, że śmierć nie była spowodowana chorobą, wypadkiem ani żadną inną naturalną przyczyną. Duch starego Hamleta objawia się synowi i oświadcza mu, że został zamordowany przez Klaudiusza – stryja Hamleta.

Dylemat moralny tej postaci nie jest tak dobrze widoczny jak innych które omawiałem i omówię. Specjalnie przywołałem jedną taką, aby pokazać, że niekiedy dylematy mogą być ukryte między wierszami. Chciałbym bowiem na chwilę wczuć się w postać Hamleta. Po śmierci ojca jego matka, Gertruda, bardzo szybko wychodzi za mąż za Klaudiusza – stryja Hamleta, który później okazuje się mordercą ojca naszego bohatera. Hamlet zostaje tym samym osamotniony, jednak sam również izoluje się od świata. Można zadać tutaj pytanie – dlaczego to robi? Do matki mówi, że

„Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszę”

Staje się bezlitosny dla Gertrudy i Ofelii, które przecież kocha i szanuje w głębi serca. Nakłada sam na siebie maskę szaleńca, wychodzi mu to tak dobrze, że nawet grabarze uważają go za obłąkanego. Nie zdejmuje ich przed nikim oprócz Horacego oraz w kilku momentach przed matką.

Wcielmy się teraz w niego. Jest zagubiony i osamotniony. Widzi ducha swojego ojca, który opowiada mu o tym, że zginął, tylko został zamordowany przez Klaudiusza. Hamlet przysięga pomścić zbrodnię na królu, wybierając tym samym drogę zemsty, jednak zabójstwo jest sprzeczne z jego szlachetną i wrażliwą naturą. Jego życie komplikuje dodatkowo stryj, który odczuwając zagrożenie obecnością młodego Hamleta planuje wysłać bratanka do Anglii. Hamlet zostaje postawiony w sytuacji, w której musi zachować się niejako wbrew sobie, spróbować zabić Klaudiusza, bo jeżeli tego nie zrobi, nie będzie w stanie pomścić ojca. W końcu dochodzi do pojedynku między Hamletem a Laertesem, którego ojca zabił Hamlet. Laertes walczy zatrutym floretem, królowa wypija zatruty toast a w końcu król również zostaje zabity.

5.     Granica


„Granica” Zofii Naukowskiej opowiada historię Zenona Ziembiewicza – syna zubożałych szlachciców, Waleriana Ziembiwicza i Joanny z Niemierów. Wraz z rozwojem akcji stopniowo wyłania się obraz Zenona – człowieka o skomplikowanej i niejednoznacznej naturze, który w pewnym momencie przestaje panować nad sytuacją. Pomimo wszystko uważam, ze nie był złym człowiekiem, bowiem początkowo starał się postępować zgodnie z własnymi zasadami moralnymi, niestety bardzo często musiał dostosowywać się do niekorzystnego dla niego obrotu spraw, zmuszony do ustępstw w swoich zasadach, które były konieczne, aby osiągnąć zamierzony cel.

Warto zastanowić się już nad samym tytułem. Tytułowa „Granica” może być rozumiana na kilka różnych sposobów.
Granica społeczna – jej symbolikę odnajdujemy w kamienicy Kolichowskiej, to „co dla jednych jest podłogą, to dla innych jest sufitem”. W powieści odnajdujemy kilka warstw społecznych, oddzielonych symboliczną granicą. Górna warstwa to arystokracja, bogaci mieszczanie oraz członkowie sfer rządowych. Druga to mieszczanie – na przykład Elżbieta, Zenon czy Kolichowska. Ostatnia warstwa to proletariat, np. Justyna i jej matka.
Zenon Ziembiewicz przekracza tą granicę wdając się w romans z Justyną, którego nie potrafi zakończyć. Gdy w końcu chce to zrobić okazuje się, ze jest ona w ciąży. Daje on jej pieniądze mówiąc, że ma zrobić, co chce, sugerując tym samym usunięcie ciąży. Powoduje to u niej wyrzuty sumienia z tego powodu, co początkuje chorobę psychiczną, która powoduje. Zenon decydując, że Justyna musi usunąć ciąże przekracza kolejną granicę – granicę moralną. Swoim postępowaniem wobec dziewczyny powiela schemat zachowań swego ojca, który zawsze potępiał. Dokonuje wyborów niezgodnie ze swoimi wcześniejszymi poglądami.

Kolejnym ustępstwem moralnym jest przyjęcie propozycji Czechlińskiego. Z jednej strony umożliwia mu to ukończenie studiów, z drugiej jednak pisząc artykuły dla „Niwy”, których treść była niezgodna z jego poglądami ma wrażenie, że zaprzedaje własną duszę. Łudzi się, że po zdobyciu dyplomu będzie wreszcie mógł „żyć uczciwie”. Później podejmuje pracę redaktora tego pisma – motywuje to koniecznością spłaty zaciągniętej pożyczki i możliwością szybszego zabrania Elżbiety do ich wspólnego mieszkania. Warunkiem przyjęcia było stonowanie tekstów – miały być mniej radykalne. W razie konieczności miał również zatajać lub koloryzować niektóre fakty. Zenon na wszystko przystawał a jego moralna granica rozszerzała się – sprzeniewierzał się własnym ideałom.

Ziembiewicz jest postacią, która próbuje zachowywać się dobrze, jednak dążąc do celu wiele razy staje w sytuacji, w której albo sprzeniewierzy się swoim zasadom albo nie będzie mógł osiągnąć celu.

6.     Podsumowanie


Problem dylematów moralnych jest widoczny w życiu i był zauważany na przestrzeni wieków przez wielu autorów. Zaczynając od starożytności – Antygonę aż do współczesnej Granicy widzimy problem dokonywania wyborów przez bohaterów. Niełatwo jest wybrać dobrze, kiedy każdy wybór niesie za sobą złe konsekwencje.


A imie jej brzmiło śmierć

Od zawsze uważałem, że coś jest ze mną nie tak. Byłem inny od wszystkich - ubrany na czarno, bez znajomych, trzymałem się na uboczu.

Chociaż nie, nie zawsze tak było.

Kiedyś byłem inny. Towarzyski. Spotykałem się z wieloma ludźmi. Chodziłem na imprezy, sam je organizowałem.

Uwielbiałem tańczyć.

Jednak jak śpiewał Iron Maiden:
To this day I guess I'll never know, just why they let me go,
But I'll never go dancing no more, 'til I dance with the dead.

21 stycznia 2011 roku
Był mroźny, zimowy poranek. Stałem na przystanku, czekając na autobus. Zamarznięta szyba skutecznie przeszkadzała w dojrzeniu czegokolwiek, jednak z drugiej strony ostry, północny wiatr jeszcze skuteczniej powstrzymywał mnie przed wyjściem zza względnie bezpiecznej i chroniącej przed zimnej osłony, jakim był przystanek.Byłem jedynym pasażerem - nie było więcej chętnych, by w sobotni poranek wychodzić z domu, szczególnie w takiej dziurze, jak ta miejscowość niedaleko Lwowa. Na moje nieszczęście było coś, co mnie wyciągnęło - a była tym piękna dziewczyna, poznana kilka miesięcy wcześniej. Mieliśmy się dzisiaj spotkać, więc teraz stałem i marznąłem, czekając aż zbawczy autobus zabierze mnie daleko stąd. Niestety spóźniał się - nic dziwnego patrząc na pogodę. Mam tylko nadzieję, że przyjedzie - pomyślałem. Piętnaście minut później przyjechał w końcu i zabrał mnie w podróż. Miała potrwać przynajmniej dwie godziny, a w tym zimnie pewnie jeszcze więcej. Byłem jedynym pasażerem - co specjalnie mnie nie zdziwiło. Usiadłem przy oknie i dostrzegłem, a w zasadzie nie dostrzegłem, kolejny zadziwiający brak zdziwienia. Zamrożone szyby skutecznie odgradzały mnie od rzeczywistości. Słychać było tylko nasilający się wiatr i uderzający o autobus śnieg.
Włożyłem ręce do kieszeni i zasnąłem. Wtedy nie wiedziałem, że będzie to mój ostatni sen.

O wypadku nie wspomniano w żadnych mediach. Tylko dwie osoby zabite - kierowca i pasażer, nic ciekawego w tych dniach, gdy roiło się od wypadków.
Powiedziałem dwie osoby zabite?
Cóż - ja przeżyłem.

Obudziłem się dosłownie sekundę przed tym, jak poczułem mocne uderzenie, gdy autobus taranował barierkę odgradzającą szosę na moście, od przepaści poniżej. Uczucie bezwładności, a potem spadania. Bardzo głośne uderzenie i ciemność. Wszędzie dookoła. Nie istniało nic więcej, tylko ciemność i cisza. Nie czułem nic, nie wiedziałem co się stało, gdzie jestem. Chciałem się poruszyć, ale nie potrafiłem. Nie miałem czym poruszyć. Po czasie, który wydawał się nieskończonością, nagle rozbłysło światło, wszędzie dookoła pojawiła się biel. Poczułem chłód - leżałem na śniegu, wypadłem z spadającego autobusu, który teraz płonął kilkadziesiąt metrów niżej. Nie mogłem się poruszyć, nie czułem też bólu. Pewnie wyląduje na wózku, pomyślałem i przeraziłem się. Uwielbiałem sport, nie wyobrażałem sobie życia bez niego. Nagle zobaczyłem dziwną postać. Stała poniżej, nad wrakiem pojazdu, wpatrując się w niego. Bez ostrzeżenia odwróciła się i popatrzyła prosto we mnie. Z tej odległości nie mogłem zobaczyć szczegółów, jednak jej oczy było widać z daleka. Zamknąłem swoje, przerażony, chociaż nie wiedziałem czym - w końcu to mógł być ratunek. Otworzyłem je ponownie i ze zdumieniem odkryłem, że jest tuż obok, pochyla się nade mną. Trupioblada twarz, białe włosy, i te oczy. Niebieskie niczym niebo w słoneczny dzień, a równocześnie lodowate, niczym dwa sople lodu. Wyglądały jak dwa piękne, głębokie oceany, w których każdy utonie. I ja również zacząłem czuć, że tonę. Nikt nie mógł się im oprzeć. Wciągały coraz mocniej w siebie, wszystko dookoła przestawało istnieć, mieć jakiekolwiek znaczenie. Tylko pustka, dookoła, wszędzie. Pustka, ciemność i cisza. Jednak nagle, na ułamek sekundy, wydarzyło się coś dziwnego - zobaczyłem twarz dziewczyny. Tej, do której jechałem. Rzeczywistość wróciła do mnie tak nagle, że sam się przeraziłem. Istota nade mną odchyliła się na moment, zdziwiona. Nigdy do tej pory nikt jej nie oszukał w ten sposób. Bo nikt nie mógł. Nie dało się oszukać śmierci. Zamknęła oczy i nachyliła się, całując mnie mocno. Wiedziała dobrze, że tego żaden śmiertelnik nie będzie mógł znieść, że chłód przejmie jego ciało i pójdzie ślepo za nią - do krainy zmarłych.

Jednak ja już wtedy nie byłem śmiertelnikiem. Nie żyłem. Nie mogła mieć nade mną władzy, gdyż władała tylko nad tymi, którzy żyli. Wstałem i popatrzyłem na nią. Ona również wstała, zdziwiona. Popatrzyła na mnie i złapała mnie za rękę. Chłód wstrząsnął całym moim ciałem.
- Twoje ciało tu - powiedziała. - Ale ty daleko stąd. Pozwolę ci żyć, ale już nigdy jej nie spotkasz. Będę ci się przyglądać, będę stale przy tobie. Na wyciągnięcie ręki. Ale nie przyjdę. Obudzisz się daleko stąd, w swoim łóżku, ale to nie będzie twoje łóżko. Wspomnienia będą wydawały ci się tylko dziwnym snem, ale innych nie będziesz miał. Doprowadzę cię na skraj szaleństwa i niezrozumienia. Będziesz sam jeden, siedział i prosił, abym przyszła. A ja będę siedzieć obok, rozmawiać z tobą i śmiać się z tobą. Ale nie przyjdę. Nie zatańczymy. Dlatego, że mnie oszukałeś.
Idę ulicą i myślę: 
„To wchód… czego? 
Nie, nie słońca. 
To wschód mojego wspomnienia”.

Obudziłem się, zlany potem. Nie wiedziałem co się stało przed chwilą. Zakręciło mi się w głowie. Zbyt dużo myśli naraz. Straciłem przytomność.
Gdy otworzyłem oczy kolejny raz był już poranek. Dwa różne sny. Dwa różne życia. Głowa mnie bolała, nie potrafiłem odróżnić Rzeczywistości od Fałszu. Co zdarzyło się naprawdę? Nie umiałem powiedzieć. Kolejny zawrót głowy i napływ myśli spowodował, że zwymiotowałem. Obok łóżka. Po stanie podłogi widać było, że nie pierwszy raz dzisiaj. Było to ostatnie, co pamiętam z tego dnia. Następny raz, gdy otworzyłem oczy leżałem w szpitalu, podpięty do wielu urządzeń. Głowa nadal mnie bolała, jednak już teraz mniej. Popatrzyłem na zegar stojący obok łóżka - wskazywał na 22 września 2014 roku. Znowu straciłem przytomność.

Od tego wydarzenia minęły już dwa lata, jednak dopiero teraz umiałem to opisać. I chociaż wiem, że nikt nigdy tego nie przeczyta, to musiałem zostawić jakiś ślad po sobie. Po tym, że nie wiem, co jest prawdą, a co kłamstwem. Cały czas mam wrażenie, jakby ktoś mi coś odebrał, jakąś bardzo ważną cząstkę mnie, a następnie wrzucił do zupełnie innego mnie. Ostatnio coraz częściej leżę wieczorami myśląc o tym, ale równocześnie staram się o tym zapomnieć. Za kilka dni zaczynam ostatni rok pierwszego stopnia studiów. W końcu będę miał wykształcenie wyższe. Tym samym zamknę za sobą jakiś rozdział.

Zapisuje to, bo być może za dwadzieścia lat sam znajdę to i przypomni mi się, że to, to się dzieje, naprawdę nie istnieje. To nie jest moje prawdziwe życie.

Podpisano: I.




Znany również, jako pacjent numer I-621F szpitala psychiatrycznego w Krakowie. Zdiagnozowano: schizofrenie niezróżnicowaną.
Poniżej notatka lekarza prowadzącego: Wyraźna poprawia stanu psychicznego. Pacjent może nadal pozostać poza ośrodkiem. Nie ma potrzeby izolacji. Kontynuować obserwacje


Own little world, cz. 2



Slip into a world,
where the air I breathe is mine.
Nothing to overwhelm me,
and nothing to cloud my mind.
Come with me into it,
and you know what you will find.
Time doesn't exist here.
We will never die
~ Celldweller ~






Już dawno nie czułam tak mocno potrzeby odpłynięcia. Kolejny raz nie udało się rzucić z nałogiem. Znowu muszę do niego iść. Po tym, co ostatnio zrobił nie chcę go już więcej widzieć... ale minęło tyle czasu a ja potrzebuje narkotyku.
Świat wydawał jej się szary, pozbawiony kolorów. Ludzie dookoła, tak bardzo nieważni, jedynie ją irytowali. Chciała zapomnieć o wszystkim. Dlatego wbrew sobie kroczyła właśnie w kierunku drzwi do wysokiego, dziesięciopiętrowego budynku, na szczycie którego mieszkał on - jej koszmar i wybawienie. Drżącymi palcami wpisała kod do drzwi, wchodząc tutaj tak często przez ostatnie kilka lat czuła się trochę jak u siebie. Stojąc w windzie popatrzyła w lustro. Podkrążone oczy, zapadnięte policzki, pomarszczona skóra, młoda dziewczyna już dawno wyglądała wiele lat starzej, jednak zanim zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, winda wyjechała na ostatnie piętro. Wysiadła z windy, jednak nie mogła się ruszyć. Stała przed drzwiami i patrzyła na złowieszcze 99 - numer mieszkania. W końcu targnął nią dreszcz, przypominając, po co tutaj przyszła. Lekko dotknęła dzwonka. Teraz nie ma już odwrotu - pomyślała, oglądając się na zamknięte drzwi windy. Po chwili drzwi otworzyły się i zobaczyła go. Wyglądał jeszcze marniej niż ostatnio - przekrwione, podkrążone oczy a do tego wychudzone ciało - już dawno nie przypominał chłopaka, którego znała przed laty. Dobrze zbudowanego, silnego. Wtedy mógł się podobać, teraz już nie. Wiedziała, że on doskonale zdaje sobie sobie sprawę z tego, po co tu przyszła, więc bez słowa weszła do mieszkania. W milczeniu poprowadził ją do swojego pokoju.
- Usiądź - powiedział, wskazując na rozkładany fotel. - Chciałbym najpierw spróbować czegoś nowego.
Zdziwiła się, jednak nie protestowała, cokolwiek ma zamiar robić, niech robi to szybko.
Usiadła i oparła się. Chłopak nacisnął jakiś przycisk, a fotel przechylił się mocniej do przodu i po chwili dopasował do kształtu jej ciała. Dawno nie było mi tak wygodnie - pomyślała.
- Wyczyść się z myśli - usłyszała głos za sobą. - Zamknij oczy i postaraj się nie myśleć o niczym.
Łatwizna - pomyślała, zamykając oczy. - Tylko jak się mam wyczyścić z myśli? I o co w tym wszystkim chodzi.
-
Zaraz zobaczysz - powiedział chłopak. - Po prostu nie myśl o niczym.
Niech będzie, byle szybko - pomyślała ostatni raz i odepchnęła od siebie wszystkie myśli. Odprężyła się. Nagle poczuła lekkie wibracje w okolicy głowy i dotyk... Zalała ją fala gorąca, jednak nie otworzyła oczu, zafascynowana zaakceptowała to co się dzieje. Po chwili poczuła oślepiający rozbłysk światła. Zasłoniła oczy i skuliła się lekko.
- Nie bój się - powiedział chłopak stojąc obok niej. Był ubrany w biały garnitur, wyglądał schludnie i zadbanie. Zdziwiona rozejrzała sie, jednak odkryła, że nie widzi żadnych ścian, wszędzie dookoła była nieprzebrana i oślepiająca biel. Spojrzała w dół i zakręciło się jej w głowie, nie widziała podłoża. Poczuła jak chłopak łapie ją za rękę i przytula do siebie. Zamknęła oczy, przerażona.


Lekki wiatr targnął jej włosami, odsunęła się lekko od chłopaka, otwierając oczy. Nie miała pojęcia, gdzie się znajdowała, ani jak tutaj się znalazła, jednak spodobało się jej. Wysoka trawa spływała lekko po zboczu góry, wprost do wijącej się w dolinie rzeki. Spojrzała dalej i ujrzała niekończący się las, a dalej, na granicy horyzontu migotały góry. Ruszyła przed siebie, podziwiając kwiaty i ciesząc się promieniami słońca. Biegała tak przez kilka minut, śmiejąc się jak dziecko, jednak w końcu dotarło do niej, że nadal nie wie, gdzie się znajduje. Poszukała wzrokiem chłopaka, jednak nigdzie nie mogła go dojrzeć. Zniknął. W sumie było jej to trochę na rękę, nie chciała spędzać z nim zbyt wiele czasu. Zobaczyła, że lekko na zachodzie znajdują się jakieś zabudowania, postanowiła tam pójść.


Tymczasem on obserwował ją z oddali, wiedząc, że w końcu będzie go potrzebowała, zawoła go, a on przyjdzie z pomocą, uratuje. Znajdowali się poza czasem i przestrzenią, w wymyślonym miejscu, w jego własnym, małym świecie.



Ziarno Prawdy #4 - Fragmenty Przeszłości

Obudził się. Stracił rachubę czasu od wejścia do zamku. Siedział w jednej z wielu podziemnych sali znajdujących się w korytarzach pod ruinami. Czuł się dziwnie. Cały czas nie rozumiał wydarzeń ostatnich godzin. Próbował przypomnieć sobie, co naprawdę się wydarzyło. Wspomnienia były niewyraźne, jednak pewnych rzeczy był pewien.

Leżał patrząc w czerwień jej oczu. Bał się, a mimo wszystko nie mógł się poruszyć, chciał uciekać, a równocześnie chciał przy niej zostać. Wewnętrzna walka spowodowana strachem i pożądaniem. Uśmiechnęła się do niego szerzej, nachyliła się i pocałowała. Cały świat stanął w tym momencie w miejscu i zawirował. Nie liczyło się dla niego nic więcej oprócz ciepła jej ust.

Z następnych wydarzeń pamiętał tylko urywki. Po pocałunku stała się dla niego całym światem i zanim doszedł do siebie zorientował się, że prowadzi go poprzez labirynt korytarzy. Wiedział, że nigdy stąd sam nie byłby w stanie wyjść. W końcu doprowadziła go do sali, w której teraz siedział. Nie był zamknięty, więc nie mógł mówić, że jest więźniem, jednak nawet gdyby chciał wyjść to nie miał pojęcia, w którą stronę się kierować. Siedział więc przy sporym, drewnianym stole, koło którego stało kilka starych, jednak masywnych i dobrze zachowanych krzeseł. Poza tym w pomieszczeniu nie było nic więcej. Nie było nawet okna, jedynym źródłem światła były pochodnie przyczepione do ścian. Czuł się samotny, opuszczony i zdradzony.

W końcu usłyszał kroki na korytarzu. Zbliżała się, wiedział to. Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się. Wyglądała teraz normalnie, nie miała czerwonych oczu i bladej twarzy, jednak nie miała na sobie swojego stroju - była ubrana w długą, czarną suknie.
- Przepraszam, że tak to wyszło - powiedziała. - Ale gdybym ci po prostu wszystko opowiedziała, nie uwierzyłbyś. Wszystko zaczęło się dawno przed tym jak któreś z nas się urodziło




15 dzień po 2 drugiej pełni, rok 238 3. ery

Wiedziała, że umiera. Trafiła kosa na kamień, jak to mawiają ludzie. Miała na swoim koncie już 6 udanych morderstw, w większości przypadków przeciwnicy nawet nie potrafili się bronić.
Tym razem było inaczej.

Mężczyzna, który był celem spał. Podeszła bliżej i wyjęła powoli nóż. Bezdźwięcznie zbliżyła się do niego, powoli przystawiając ostrze do jego gardła. Gdy była bliziutko, tuż, tuż, zerwał się, łapiąc ją za nadgarstek, wyrywając nóż z dłoni. Zaskoczyło ją to i ułamek sekundy minął zanim pozbierała się na tyle, by sięgnąć drugą ręką po zapasowy nóż. Ten ułamek wystarczył, by poczuła, jak jego ostrze przebija skórę a następnie ból masakrowanych organów wewnętrznych. Puścił ją i osunęła się na ziemię. Spojrzała w dół i zobaczyła, jak krew wydostawała się szybko na ziemię z jej ciała. Wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu. Mężczyzna odwrócił się i patrzył przez okno w zamyśleniu. Sięgnęła pod koszulkę, znalazła go, swój naszyjnik, który otrzymała przed wieloma laty w wiosce. Miał pomóc jej w niebezpieczeństwach. Wyczuwała w nim magię, jednak nikt nie wiedział jak on działa. Spojrzała na niego. Niebieski kamień zatopiony częściowo w srebrze lśnił w blasku wschodzącego słońca. Nie miała dużo czasu, skupiła się na nim. Przypuszczała, że jest to możliwe, chociaż nigdy wcześniej nikomu się nie udało. Zakręciło się jej w głowie. Ostatnim co zobaczyła był zaskoczony wzrok mężczyzny, który odwrócił się na dźwięk huku.

O tajemniczym artefakcie zapomniano na wiele lat. Krążyły o nim legendy, jednak nikt go nie widział na własne oczy. Mówiło się o tajemniczej mocy, jaką miał posiadać, z czasem wyolbrzymiano pogłoski tak bardzo, że rzekomo miał dawać niemal boską moc.

W końcu został odnaleziony

7 dni przed końcem 3. ery, rok 538

Wybuch całkowicie zaskoczył Iridię. Jeszcze nigdy nie widziała takiej mocy uwolnionej w jednym momencie. Otrząsnęła się z pyłu, chociaż była już w sporej odległości od budynku to fala uderzeniowa przewróciła ją na ziemię, wstała i stwierdziła, że na szczęście nic się jej nie stało. Odwróciła się i zobaczyła, że z domu, w którym przed chwilą była, nie został kamień na kamieniu.
Przemierzała pustkowie w podróży do Sa'aldinu i takie domy, chodź były rzadkością, pozwalały przeżyć tą podróż. Ludzie tu mieszkający zajmowali się głównie uprawą roli, niekiedy również hodowali zwierzęta. Podróżnikom sprzedawali prowiant, pieniądze wydawali u przemierzających te tereny kupców, zmierzających z jednej krainy, do drugiej.
Iridia postanowiła zbadać ruiny. Podeszła bliżej i zauważyła, że większość ścian została wręcz stopiona. Od kilku dni słyszała o dziwnych wydarzeniach, zwiastujących nadejście nowej ery, jednak wątpiła w ich prawdziwość. W końcu miała dowód przed własnymi oczami. Weszła między rozrzucone kamienie, licząc na to, że może znajdzie coś cennego. W końcu jeśli nie ona, to zrobi to ktoś inny, a nie przypuszczała, żeby komuś ewentualne złoto przydałoby się bardziej, niż jej. Do celu pozostały już tylko 2 dni drogi, jednak zapasy, szczególnie złote monety, kurczył się zbyt szybko, bała się, że na miejscu będzie musiała od razu szukać pracy, zanim odpocznie po kilkunastu dniach podróży. Przeglądała pobieżnie ruiny, nie chciała stracić zbyt wiele czasu tutaj, jednak nic nie znalazła. Już miała wracać do przerwanej podróży, gdy między kamieniami dostrzegła, że coś odbija promienie słoneczne. Podeszła bliżej i dostrzegła mały, srebrny obiekt. Podniosła go i zachwyciła się pięknem jego wykonania. Niebieski kamień zatopiony w srebrze.
- Ślicznie wyglądałby na szyi - pomyślała. Dostrzegła, że jest w nim specjalne miejsce, w który można dać srebrną nić, niestety nie miała pod ręką nic odpowiedniego. Schowała go do sakiewki, którą zawsze miała przy sobie, z postanowieniem, że będzie to jej ostatnia deska ratunku i sprzeda go tylko, gdyby miała głodować.
Ruszyła w dalszą podróż.

2 dni później, okolice Sa'aldinu, stolicy Astarii

- W końcu dotarłam - powiedziała do siebie patrząc z góry na miasto. Na żywo wydawało się jeszcze piękniejsze. Białe budowle najstarszej części miasta - Gildii - lśniły w słońcu. Właśnie tam zmierzała, chociaż wątpiła, by została przyjęta. Legendarni wojownicy szkoleni byli tylko z najznamienniejszych rodów Astarii i chociaż zdarzało się, że przyjmowali człowieka "znikąd", to wątpiła, by jej się to udało. Niemniej zamierzała spróbować. Popatrzyła jeszcze raz na rozległe miasto. Nawet stąd widać było podział na 3 dzielnice - Gildię, wraz z Pałacem Królewskim, znajdujące się w samym centrum i otoczone najwyższym murem, który zdawał się być tak wysoki, że wątpiła, by był jakikolwiek sposób wspięcia się na niego przez agresorów. W następnym kręgu znajdowała się dzielnica najbogatszych ludzi. Czerwone dachówki i białe ściany lśniły w słońcu, lecz nie prezentowały się aż tak wspaniale jak środkowy krąg. Najbardziej zewnętrzny krąg, otoczony "najgorszym" murem, który swoją drogą wciąż był bardzo ciężki do zdobycia, ten krąg był dzielnicą mieszczan. Tam mieszkali wszyscy rzemieślnicy, targi oraz rozrywki dla zwykłych ludzi. Biedota musiała mieszkać na zewnątrz. Każde miasto miało swoje ciemne strony i nawet Sa'aldin nie mógłby istnieć bez slumsów.
W końcu napatrzyła się i ruszyła w kierunku miasta, które miało zmienić całe jej życie.




Podobało się? Polub Ziarno Prawdy na facebooku

Nie czytałeś poprzednich części? Wszystkie na http://zp.dawid-izydor.pl


Ziarno Prawdy #3 - Podróż w nieznane

Telefon w końcu się odezwał. Dzwonił do dziewczyny z koncertu już kilka razy, jednak nie odbierała. Tym razem to ona zadzwoniła. Odebrał ucieszony i długo rozmawiali. Był jeszcze bardziej uśmiechnięty, gdy dowiedział się, że dziewczyna przyjeżdża w góry.

- Też pojadę - powiedział do siebie. - Pojadę i w końcu ją znowu zobaczę.

Od ostatniego dziwnego snu minęły już ponad dwa tygodnie, a wakacje zbliżały się do końca. Nic ciekawego nie wydarzyło się w tym tygodniu, więc w pamiętniku zapisywał wspomnienia z ostatnich lat. Codziennie przybywało kilka stron i powoli zeszyt zaczynał się kończyć.
- Trzeba będzie poszukać czegoś grubszego - pomyślał i postanowił pójść w pierwszym tygodniu szkoły do sklepu papierniczego.

Tymczasem musiał zacząć przygotowywać się do wyjazdu w góry. Miał co prawda jeszcze dwa dni do przyjazdu Alicji, jednak nigdy wcześniej nie jechał nigdzie całkiem sam i chociaż nie wątpił, że bez problemu rodzice go puszczą, w końcu nie specjalnie się przejmowali tym co robił, to musiał się sam spakować.




W końcu siedział w pociągu. Plecak z najbardziej potrzebnymi rzeczami leżał obok niego. Spojrzał przez okno i zobaczył stary, zniszczony budynek dworca.
- Mogliby go w końcu wyremontować - pomyślał. - Wyglądałby tak ładnie..
Pociąg ruszył a on wciąż patrzył przez okno. Do celu miał jakieś dwie godziny, jednak nie miał nic ze sobą aby przyspieszyć upływ czasu. Książka, którą czytał z zainteresowaniem jakiś czas temu zniknęła i nigdzie nie mógł jej znaleźć, chociaż przeszukał cały pokój.
- Cóż, musiałem ją zgubić - powiedział do siebie w myślach. - Szkoda, nigdy nie dowiem się jak wszystko się skończyło.
Miał ze sobą swój własny pamiętnik, jednak nie chciał go pisać w pociągu. Bał się, że jego też zgubi, albo, że ktoś go przeczyta.

Na kolejnej stacji wsiadła grupa nastolatków z plecakami. Dwóch chłopaków i trzy dziewczyny, najwyraźniej wybierali się tam gdzie on. Niestety, siedzenia były ustawione w taki sposób, że razem mogły siedzieć równocześnie tylko cztery osoby i tyle z grupki też siadło. Jedna dziewczyna - wysoka, z rudymi włosami, opadającymi falami na koszulę, nie miała gdzie usiąść. Rozglądała się bezradnie, w końcu zauważyła, że koło Mateusza jest jeszcze miejsce wolne.
- Można usiąść? - zapytała nieśmiało.
- Oczywiście - odpowiedział i przeniósł plecak na ziemię.
Siedzieli w milczeniu a czas mijał. Nasz bohater oglądał zmieniający się krajobraz za oknem, gdy poczuł, że coś dotyka jego ramienia. Odwrócił głowę i zauważył, że dziewczyna zasnęła i widocznie nieświadomie opierała się teraz o niego. Zakłopotany nie wiedział co zrobić. Ona najwidoczniej poczuła przez sen, że coś jest nie tak i otworzyła oczy. Ich spojrzenia spotkały się. Oczy miała całkiem brązowe, co wyjątkowo pasowało jej do urody. Wcześniej nie przyjrzał się jej dokładnie i dopiero teraz zauważył piegi na jej twarzy.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam - poderwała się i zarumieniła. - przepraszam, prze....
- Juuuż, spokojnie - uspokoił ją i zaśmiał się. Ona również uśmiechnęła się, wciąż zawstydzona. - Nic się nie stało - dodał.
- Zasnęłam i jakoś tak nie kontrolowałam tego - jej głos drżał odrobinę. Wpatrywała się w podłogę.
Mateusz poczuł się głupio, obwiniając się, że ją obudził.
- Naprawdę nic się nie stało - powiedział łagodnym głosem.
Spojrzała na niego i znowu patrzeli sobie w oczy. Poczuł, że serce zaczyna mu mocniej bić. Zauważył w niej również coś, czego nie widział u żadnej dziewczyny do tej pory. Dotknął ręką jej policzka i przyciągnął głowę w swoją stronę.

- Bilety do kontroli - usłyszał głos nad sobą. Otworzył oczy i popatrzył dookoła. Nie było dziewczyny, nie było tej grupy ludzi, wagon był pusty.
- To był sen - powiedział do siebie i zaśmiał się w myślach. - Dlaczego nie mogłem pośnić jeszcze chwilę.
- Głuchy pan?! - konduktor krzyknął na niego - Bilety sprawdzam a nie mam całego dnia
- Słucham? - popatrzył zaspanym wzrokiem. - Aaa, bilet, tak, tutaj mam.
Konduktor sprawdzał bilety a on zamyślił się przypominając sobie ten sen.
- Nie mógł pan chwilę później przyjść? - zapytał konduktora w myślach. Ten oddał mu bilet, życząc miłego dnia. - Było tak blisko - pomyślał.

Do ostatniej stacji nie udało mu się zasnąć. Przez pewien czas zapomniał nawet po co jechał w góry. Myślał ciągle o tych rudych włosach. W końcu dojechał. Dziewczyna, z którą miał się tu spotkać już na niego czekała. Zauważyła go od razu i uśmiechnęła się. Podszedł do niej i przywitał się.
- Niedaleko stąd znajdują się ruiny zamku - powiedziała. - Przejdziemy się?
- Pewnie - Mateusz odpowiedział uśmiechając się niepewnie. - Dlaczego ona ma czarne włosy a nie rude? - w myślach zapytał samego siebie.

Stara budowla nie była bardzo duża za to w fatalnym stanie. Mateusz zastanawiał się, czy aby na pewno bezpiecznie jest tam wchodzić, jednak dziewczyna nalegała i nie mógł odmówić, jednak miał złe przeczucia co do wchodzenia do środka. W kamiennych murach było coś przerażającego. W końcu dotarli do pierwszego pomieszczenia. Było stosunkowo niewielkie, za to z bardzo wysokim sufitem. Po przeciwnej stronie widać było zagłębienie w ziemi. Podeszli bliżej i zobaczyli, że są tam schody. A raczej szczątki schodów.
- Wchodzimy - zdecydowała dziewczyna.
- Ale... - Mateusz próbował zaprotestować, jednak ona już schodziła w dół. Wzruszył więc ramionami i poszedł za nią. Na dole było całkiem ciemno. Chłodne powietrze i wilgoć sprawiła, że zaczęli drżeć z zimna.
- Zabrałeś latarkę? - zapytała go z nadzieją w głosie. Przecząco pokręcił głową. - Ale mi zimno - dodała. Przytulił ją a ona uśmiechnęła się. - Wracamy - oznajmiła. Mateusz objął ją i ruszyli z powrotem.
Wchodząc po schodach, nagle usłyszeli głuche stuknięcie z góry. Dziewczyna mocniej przytuliła się do niego i z strachem w głosie zapytała - Co to?
Pytanie nie było przemyślane, gdyż on nie miał pojęcia co mogło to być. Po chwili przekonali się, że nie było się czego bać - tylko drzwi się zamknęły.
- Drzwi? Jakie drzwi - pomyślał Mateusz patrząc na drewniane wrota. - Wydaje mi się, że gdy tu wchodziliśmy, nie otwieraliśmy żadnych drzwi. Nic nie zauważyłem - powiedział na głos.
- Musiałeś przeoczyć - zbagatelizowała dziewczyna. - Po prostu je otwórz i wracamy.
- Gdyby to było takie proste - powiedział po chwili mocowania się z wrotami. - Zatrzasnęły się.
- Czyli że co? - zapytała zdziwiona
- Czyli, że nie wyjdziemy. Stoją twardo. Ani drgną - spojrzał do góry. - Dziura w dachu jest za wysoko, nawet jakbym cię podsadził to nie dosięgniesz. A za chwile będzie się ściemniać.
- Mamy tu spędzić całą noc? - powiedziała przerażona.
- Musimy znaleźć inne wyjście albo liczyć, że ktoś nas tu znajdzie.

Zrobiło się jeszcze chłodniej, więc przytulił ją mocniej. Było już zbyt ciemno by zapuszczać się w korytarze, więc postanowili zaczekać do rana tam, gdzie byli. Na szczęście zabrali plecaki z prowiantem, przynajmniej mieli pewne, że nie umrą z głodu. Niestety mieli tylko jeden śpiwór.
- Zmieścimy się razem? - zapytał. Nie chciał zostać bez przykrycia.
- Tak, ale będziemy musieli się mocno do siebie przytulić - uśmiechnęła się do niego.
- Żaden problem - odwzajemnił uśmiech i zaczął wyjmować śpiwór z plecaka.

Leżeli już obok siebie i zasypiali przytuleni, gdy rozbudziło ich wycie.
Dobiegało od strony schodów.
- Słyszałaś to?
Nie musiał czekać na odpowiedź, gdyż usłyszał to samo jeszcze raz.
Popatrzył na nią przerażony.
Skórę miała trupiobladą.
Uśmiechnęła się i otworzyła oczy.
Były czerwone.


Ziarno Prawdy #9 - To tylko zwykła piwnica

Poniedziałek, 10 września 2001 roku

Mateusz szedł teraz do szkoły, jednak nie wiedział, jak ma się zachować przy Natalii. Od sobotniego poranka zastanawiał się, co dokładnie między nimi doszło, jednak jak na złość, nic dokładnie nie pamiętał. Nagle po drugiej stronie ulicy zauważył rudowłosą dziewczynę, którą widział już wielokrotnie i na którą wpadł w piątek. Przyglądała się mu. Nagle przypomniały mu się wydarzenia tamtego dnia, gdy zobaczył tą twarz za drzwiami, jednak szybko to od siebie odepchnął. Musiałem mieć przewidzenie, pomyślał. Spojrzał na dziewczynę i ich spojrzenia skrzyżowały się, szybko opuściła wzrok i odwróciła się, odchodząc szybko. Pomyślał, że to dziwne, że w piątek zdawała się poznawać go, chociaż był pewien, że nigdy ze sobą nie rozmawiali. Tylko ten sen z wakacji. Czy to możliwe, żeby to wydarzyło się naprawdę? Nie, przecież nie był w górach, to wszystko był tylko sen.
Pogrążony w rozmyśleniach doszedł do drzwi szkoły.
- Hej! - usłyszał dziewczęcy głos za sobą, odwrócił się i zobaczył Natalię. Uśmiechała się do niego.
- Cześć - odpowiedział i spróbował odwzajemnić uśmiech, niestety nie wyszło to najlepiej. Nie zważając na to, dziewczyna przytuliła go na przywitanie. Nie odezwał się. W ciszy szli na swoją pierwszą lekcję z swoją wychowawczynią. Chłopak postanowił powiedzieć nauczycielce o tym, co widział w piwnicy. Przeczekał chwilę lekcji, aż pozwoliła każdemu zająć się sobą, po czym podszedł do niej. Popatrzyła na niego dziwnie, gdy opowiadał jej o dziewczynie, którą widział przez tamte drzwi. Oczywiście nie uwierzyła mu, postanowiła jednak zabrać go tam i udowodnić, że to tylko zwykła piwnica.
- Mateusz chce obejrzeć podziemia, są jeszcze jacyś chętni? - powiedziała. Większość klasy popatrzyła na niego dziwnie, jednak znalazły się jeszcze dwie osoby, które również chciały tam pójść - Kacper oraz Natalia. Dziewczyna uśmiechała się do niego cały czas.
Wyjście miało zająć im kilka minut, w końcu nie było tam nic ciekawego do oglądania - twierdziła nauczycielka, jednak poprosiła psychologa szkolnego aby przypilnował klasy pod jej nieobecność. Oczywiście zgodził się od razu. Był to niekonfliktowy mężczyzna koło czterdziestki i bardzo lubił spędzać czas z młodzieżą.
Gdy stanęli przed drzwiami do piwnicy Mateusza przeszedł dreszcz - przypomniał sobie, co widział w piątek. Zebrał się na odwagę i popatrzył przez okno, jednak ciemność nie pozwalała mu nic zobaczyć. Wychowawczyni otworzyła drzwi i weszła do środka, próbując włączyć światło. Nie udało się, zobaczyła jednak, że tuż obok wejścia leżą trzy latarki.
- No dobra, weźcie je, Natalia pójdzie ze mną - powiedziała nauczycielka
- Ale... - dziewczyna chciała zaprotestować i zostać razem z Mateuszem, jednak chłopcy już byli w środku. Westchnęła i ruszyła razem z nauczycielką. W środku rzeczywiście nie było nic ciekawego, w większości stare szafy.
- Widzicie, nie ma tu nic ciekawego - Mateusz usłyszał głos za plecami. Dotarł właśnie do zakrętu korytarza.
- Jeszcze zobaczę tylko tutaj - rzucił bez oglądania się i przeszedł kawałek. Od razu rzuciło mu się w oczy, że część, w której się znajdował nie była otynkowana - widać było cegły. Po chwili dotarło do niego, że nie ma również żadnych mebli - idzie pustym korytarzem. Odwrócił się, chcąc wrócić i stanął jak wryty. Przed sobą miał niekończący się korytarz, nie widać było nigdzie zakrętu, przez który przed chwilą przeszedł. Poczuł się dziwnie, nagle zrobiło się mu chłodno. W oddali, za plecami usłyszał śmiech. Odwrócił się i ujrzał zaginioną dziewczynę. Stała kilka metrów przed nim i wpatrywała się w niego zimnymi, niebieskimi oczami.
- A więc trafiłeś tu - powiedziała chłodno. - Myślałam, że cię wystarczająco wystraszyłam od tego miejsca - zaśmiała się. - No ale skoro już tu jesteś to chodź, pokaże ci coś - wyciągnęła do niego swoją rękę.
Dotknął jej i poczuł przeszywające zimno, po czym zakręciło mu się w głowie. Spróbował odzyskać równowagę, jednak poczuł, że leci.
- Nie bój się - usłyszał głos dziewczyny. Po chwili znowu zakręciło mu się w głowie i zobaczył, że znajduje się gdzieś na ulicy. - To tylko wizja - znowu głos dziewczyny. Nie mógł zlokalizować, skąd mówiła, wydawało mu się, że znajduje się jakby w środku niego. Zobaczył przed sobą wysoki budynek. - Nic ci się nie stanie, stój spokojnie i patrz - dziewczyna mówiła dalej. - To co zobaczysz wydarzy się już niedługo, żebyś miał pewność, że mówiłam prawdę.
Rozejrzał się, jednak nie poznawał tego miejsca. Wysokie budynki po obu stronach ulicy, widział też kilka wieżowców. Nigdy nie był w takim miejscu.
- Patrz - znowu głos dziewczyny. Odruchowo spojrzał na budowlę, która zwróciła jego uwagę już wcześniej. Po chwili coś w nią uderzyło. Zobaczył kłęby dymu wydobywające się z budowli. Nagle znowu zakręciło mu się w głowie, wizja przyspieszyła, gdy znowu popatrzył, budowli już nie było. Poczuł, że znowu leci i po chwili stał przed dziewczyną.
- Co to było?! - zapytał zdumiony. Nic nie rozumiał.
- Już wkrótce się dowiesz. Pokażę ci coś jeszcze, ale nie teraz, najpierw musisz odpocząć i przekonać się, że ta wizja to była prawda.
- Ale jak? Co? Nic nie rozumiem - powiedział zdezorientowany. Podeszła do niego bliżej i dotknęła ręką jego głowy. Cały świat zawirował.

- Mateusz! - usłyszał głos nad sobą. - Słyszysz mnie, Mateusz!! - kobiecy głos krzyczał. Otworzył oczy i zamrugał, jednak nic nie widział. Leżał na ziemi, bolała go głowa. Zobaczył światło latarki. - Bogu dzięki, obudziłeś się - powiedział głos. Teraz rozpoznał swoją wychowawczynią. - Nie odzywałeś się i ruszyliśmy cię szukać - mówiła. - Znaleźliśmy cię na ziemi, musiałeś zemdleć.
- Ta dziewczyna... - powiedział cicho.
- Jaka znowu dziewczyna, nic tu nie ma, chodź lepiej, nie chcę mieć kłopotów przez ciebie.
Pomogła mu wstać. Popatrzył przed siebie, poświecił latarką, to był ten zakręt, jednak droga blokowana była przez zawalony przed latami sufit. Odwrócił się i poszedł do wyjścia. Pielęgniarka szkolna obejrzała go i odesłała na resztę dnia do domu. Idąc myślał jeszcze o tym, co widział. Wszystko to strasznie go przytłaczało. Zobaczył jeszcze idącą po drugiej rudowłosą dziewczynę, jednak zanim zdążył zareagować, skręciła w boczną uliczkę i zniknęła za budynkiem. Nie miał siły iść za nią, zresztą nie widział sensu. Głowa nadal go bolała i chciał jak najszybciej znaleźć się w domu i położyć. Gdy wszedł przez główne drzwi, zdziwiona matka spytała go, cóż tak wcześnie. Odpowiedział, że zemdlał w szkole i odesłano go do domu. Popatrzyła z troską i rozkazała, aby się położył i przespał. Tak też zrobił.
Obudził się dopiero następnego dnia rano. Ból głowy z poprzedniego dnia minął, jednak wątpliwości co do tego, co się wydarzyło, wciąż pozostawało. Wstał i popatrzył na kalendarz.
Był 11 września 2001 roku.


Ziarno Prawdy #2 - To tylko koncert

Mateusz wyjechał na wakacje nad morze, zapomniał zabrać ze sobą książkę. Dni mijały spokojnie, nie miewał w tym czasie tych snów co wcześniej. Rano szedł na plażę, trochę popływał, jadł obiad i znów szedł na plażę. I tak cały czas aż do przedostatniego dnia, w którym postanowił pójść na koncert.

Nie znał zespołu, nazwy również nie zapamiętał. Lubił jednak muzykę którą grali, poza tym był już trochę znudzony - przez ostatni tydzień nie wydarzyło się nic specjalnego. Był sobotni wieczór, przyszedł wcześniej aby zająć dobre miejsce pod sceną. Do koncertu zostało ponad pół godziny więc nie było jeszcze zbyt wielu ludzi. Skierował się w kierunku grupki stojącej na środku zaraz pod sceną. Kilku chłopaków rozmawiało ze sobą, widocznie znali się, więc nie podchodził do nich, ustawił się kawałek obok nich. Z głośników dobiegała jakaś łagodna muzyka, aby umilić oczekiwanie na koncert. Mateusz zaczął rozglądać się po sąsiadach, było kilka chłopaków i dziewczyn. Jedna z nich przykuła jego uwagę, widział co prawda tylko jej plecy, jednak kruczoczarne, kręcone włosy sięgające łopatek były pociągające na swój sposób. Znajdowała się niedaleko, więc niby przypadkiem przesunął się do niej, nie miał jednak odwagi się odezwać. Stał więc wciąż za nią.
- Zachowuje się jak idiota - powiedział do siebie w myślach.
Teraz jednak nie mógł się już poruszyć. Minuty mijały powoli a on czekał. Ludzi przybywało, robił się coraz większy ścisk. Chcąc nie chcąc, musiał w końcu stać tak blisko, że opierał się o nią. Nagle odwróciła się, a serce Mateusza zamarło. Z przodu była jeszcze ładniejsza niż z tyłu. Wpatrywał się w jej śliczną twarz, podkreśloną delikatnym makijażem, podczas, gdy ona coś do niego mówiła.
- Możesz powtórzyć - wykrztusił w końcu z siebie. - Nie usłyszałem - dodał zakłopotany.
Uśmiechnęła się, zrobiła się tym samym jeszcze ładniejsza.
- Przepraszam, jeśli moje włosy będą ci przeszkadzać - powiedziała. - Jak zacznę tańczyć mogą gonić na wszystkie strony - uśmiechnęła się ponownie.
- Spoko - odpowiedział.
Po czym zaśmiał się w myślach z swojej głupoty. Druga taka szansa żeby pogadać może się nie wydarzyć. Dziewczyna tymczasem odwróciła się w kierunku sceny. Mateusz stał jeszcze chwilę myśląc jak zwrócić uwagę tej dziewczyny, gdy usłyszał oklaski - artyści wchodzili na scenę. Nie znał piosenek, jednak bawił się tak dobrze, że zapomniał o piękności przed sobą. W końcu skończyła się ostatnia piosenka i trzeba było wrócić do rzeczywistości. Zrobiło się już ciemno, jednak postanowił pójść do hotelu na nogach zamiast autobusem. Czarnowłosa odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła przyjaźnie.
- I jak podobało się? - spytała.
Uśmiechnął się, odpowiadając, że nie znał tego zespołu ale bawił się dobrze, rozmawiali jeszcze chwilę idąc do wyjścia. Okazało się, że szli w tym samym kierunku. Odprowadził ją pod drzwi domu, na pożegnanie dostał jeszcze numer telefonu.
- Wszystko byłoby piękne, gdyby tylko nie mieszkała po drugiej stronie Polski - pomyślał idąc już do swojego pokoju.

Po powrocie do domu czuł się wypoczęty, jednak czegoś brakowało. Dopiero po kilku dniach zorientował się co to jest. Nigdzie nie mógł znaleźć czarnej księgi.

***

Znajdował się w dziwnym, ciemnym pomieszczeniu. Leżał na twardym, kamiennym stole. Próbował się rozglądać, jednak widział tylko świece dookoła oświetlające kamienne mury. Nie poznawał tego miejsca, nigdy wcześniej w nim nie był. Nie mógł również się podnieść, coś przytrzymywało go. Usłyszał zgrzyt zamka i po chwili gdzieś za nim otwarły się drzwi, poczuł chłodny powiew powietrza, chciał zobaczyć kto wszedł, ale nie mógł obrócić głowy. Po chwili dostrzegł, że dwie postaci w długich do ziemi, ciemnych sukniach podchodzą do niego; jedna z prawej, druga z lewej strony. Chciał popatrzeć na ich twarze, niestety kaptury oraz dziwne maski skutecznie zasłaniały ich twarze. Poczuł, że chwytają go za dłonie, po czym razem powiedzieli coś w nieznanym mu języku. Po chwili z ciemności przed nim wyłoniła się jeszcze jedna postać, musiała tam być już wcześniej. Czarna niczym smoła suknia kontrastowała mocno z trupiobladą twarzą. Była to kobieta o ciemnych włosach, jednak nie rozpoznawał rysów jej twarzy, widział ją pierwszy raz w życiu. Powiedziała coś w tym tajemniczym języku i natychmiast dwie postaci stojące do tej pory koło niego puściły go i zrobiły krok do tyłu. Nie wiedział co o tym myśleć. Po chwili postać podeszła do niego, nachyliła się i...

... w tym momencie obudził się zlany potem. Serce biło mu szybko, gdy rozglądał się dookoła.
- To tylko sen - uświadomił sobie po chwili. - Tylko zły sen.
Jednak jeszcze nigdy nie doświadczył czegoś tak realnego.

Była jeszcze ciemna noc, wiedział, że już nie zaśnie, nie miał też nic do czytania. Postanowił więc pisać. Pierwszy rozdział swojego pamiętnika.




Podobało się? Polub Ziarno Prawdy na facebooku

Nie czytałeś pierwszej części? Nadrób to - Ziarno Prawdy #1 - Pamiętnik Przeszłości


Ziarno Prawdy #1 - Pamiętnik przeszłości

Obudził się nagle. Ten sam sen od kilku dni. Do tej pory śniło mu się, że wchodzi do dużego, starego budynku, słyszy, że ktoś go woła, po czym budzi się. Codziennie to samo. Aż do dziś. Pierwszy raz nie obudził się, gdy został zawołany. Zapamiętał z tego snu jedno. Te oczy.

Mateusz ciężko oddychając dochodził powoli do siebie. Zdawało mu się, że ciągle je widzi. Popatrzył na budzik, 3:30.
-Całe szczęście, że mam wakacje - pomyślał.

Był 26 lipca 2001 roku. Wiedział, że już nie zaśnie więc wstał, zaświecił lampkę i wrócił do przerwanej lektury książki, którą znalazł przypadkiem idąc przez szkołę w ostatnim tygodniu nauki. Była dosyć gruba, jednak cała zapisana odręcznym pismem. Przypominała trochę pamiętnik, jednak wydarzenia opisane w nim nie mogły się nigdy wydarzyć. Otworzył tam, gdzie poprzednio skończył czytać.
19 października 1832 roku

Znów ją widziałem. Oderwałem na chwilę wzrok od swojej pracy, by spojrzeć przez okno i zobaczyłem, jak szła drugą stroną ulicy. Od nocy sprzed 2 tygodni nie miałem z nią kontaktu. Dzisiaj piątek, chciałbym się z nią spotkać, jednak tamte wydarzenia powstrzymują mnie przed tym...

6 października 1832 roku

Xander rzadko wychodził albo spotykał się z ludźmi, jednak gdy już został zaproszony - nie odmawiał. Tym razem został zaproszony na ognisko. Wziął ze sobą trochę alkoholu, ubrał się w lepsze rzeczy i wyszedł. Miał przed sobą trochę drogi do pokonania pieszo, jednak nie przejmował się tym, szedł wolnym, spacerowym krokiem, więc gdy już dotarł na miejsce ściemniało się. Przyjaciół zobaczył z daleka - stali wokół płonącego już ogniska. Oni również go już zauważyli i przyjaźnie pomachali. Większość ludzi poznawał, jednak było też kilka osób, które widział pierwszy raz.

Wśród nich ona - blondynka o głęboko niebieskich oczach. Wiedział, że od tej pory będzie myślał tylko o niej. Gdy podszedł, ukłoniła się z gracją. Przedstawił się i powiedział kilka zdań o sobie, jak zwykle gdy poznawał nowych ludzi.
- Nazywam się Andrielle - odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego. - Niestety nie pochodzę stąd a szkoda, bo naprawdę ładne miejsce. Żałuje, że nie mogę zostać tutaj dłużej - posmutniała.

Następne wydarzenia na zawsze pozostaną w pamięci Xandera. Zachował się tak jak nigdy dotąd, przytulił ją, chociaż wiedział, że nie powinien, w końcu co pomyślą inni.
- Niech myślą co chcą - odpowiedział sobie w myślach. - Ale co jak pomyślą sobie źle o niej? - dodał po chwli. Wzdrygnął się bojąc się przyniesienia jej złej sławy i natychmiast puścił.

- Przepraszam - powiedział. - Nie powinienem...
- Nic się nie stało - uśmiechnęła się. - Właściwie to było całkiem miłe.
Odwzajemnił uśmiech.

Resztę wieczoru spędzili razem rozmawiając, śmiejąc się i popijając lokalny alkohol. W końcu ostatni patyk dopalał się i trzeba było zbierać się do domu.
- Ależ chłodno - oznajmiła Andrielle.
Xander oczywiście nic nie myśląc objął ją ramieniem. Uśmiechnęła się do niego patrząc mu prosto w oczy.
- Chyba nie chcę wracać sama - dodała.
Odwzajemnił uśmiech. Wstali razem, dziewczyna wskazała kierunek.
- Ale tam nic nie ma - zdziwił się Xander.
- Jestem pewna, że przyszłam dokładnie stamtąd.
Wzruszył ramionami, w końcu zawsze mogą zawrócić. Mógłby też zaprosić ją do siebie gdyby się zgubili. Nie miał powodu, by odmawiać.

Po około pół godziny dotarli na polankę pośrodku lasu. Xander nie poznawał tego miejsca, nigdy tak daleko się nie zapuszczał, jednak było piękne. Prawie idealny okrąg trawy, zupełnie innej niż normalnie spotykanej, wyższej ale bardziej cieńkiej. Oraz krzaki kwiatów, rosnące w równych odległościach dookoła naliczył 7. Nie znał się na nich, rozpoznał tylko róże, większe i bardziej czerwone niż wszystkie jakie dotychczas widział. Obrócił się w stronę środka koła i zobaczył najpiękniejszy kwat, jaki dotychczas widział. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się mu dokładnie. Niebieskie płatki na długiej łodydze, zbliżył się jeszcze trochę, chciał go dotknąć, zerwać...
- Odsuń się! - usłyszał krzyk Andrielli.
Odwrócił się zdziwiony i spojrzał na nią. Rozpuściła włosy a jej suknia wyglądała jakby miała zaraz sama opaść na ziemię. Jednak ona sama zdawała się wyglądać inaczej. Wyższa oraz zimniejsza. Uśmiechnęła się, jednak zrobiła to w taki sposób, że przyprawił go o dreszcze. Zrobiła krok w jego stronę, patrząc mu prosto w oczy a on nagle poczuł, że chce być przy niej, teraz i na zawsze. Począł iść w jej stronę, w końcu spotkali się pośrodku, przyciągnął ją do siebie, ona zaśmiała się złowieszczo, po czym popatrzyła z powrotem na niego i natychmiast pocałowała. Cały świat zawirował, liczyła się tylko ona i nic więcej, jednym szybkim ruchem zdarł z niej suknie i przesunął ręcę w stronę jej piersi, zaśmiała się ponownie i spojrzała na niego.
Gdyby gdyby on również to zrobił, zauważyłby, że to już nie jest ta sama osoba. Zauważyłby, że jej oczy zmieniły kolor na krwawo-czerwony a włosy pociemniały. Jednak on nie spojrzał. Zachwycony jej ciałem przesuwał się ustami coraz niżej i niżej. Zaśmiała się i przyciągnęła go z powrotem do góry by pocałować.
- Zaczekaj, jeszcze jedna rzecz - powiedziała uwodzicielskim głosem. Wiedziała, że teraz już zgodzi się na wszystko. - Podaj mi rękę - dodała.
Spojrzał na nią, jednak nie zauważył żadnej zmiany. Dla niego pozostawała tą samą niebieskooką blondynką, Andielle, którą poznał przy ognisku. Podał jej rękę, a ona zaśmiała się jeszcze raz.
Poczuł dotkniecie metalu i szybki ruch ostrza po wewnętrznej części dłoni, jednak nie przejmował się tym. Teraz liczyła się tylko przyjemność bliskości jej ciała. Cały świat znikł, była nim ona - niebieskooka Andrielle.
... do tego ta swędząca lewa ręka. Nie pamiętam kiedy się skaleczyłem, jednak blizna jakby starała się mi o czymś przypomnieć. Pamiętam jedynie tą dziewczynę. Nie chcę więcej pamiętać. Tylko ona się liczy. Szkoda, że nie mam odwagi wyjść teraz i z nią porozmawiać.

Mateusz odłożył lekturę na później. Spojrzał przez okno, było już całkiem jasno. Pomyślał jeszcze raz o tym co przeczytał i przypomniał sobie wcześniejsze wpisy.
- Jak długo czytam już tą książkę? - Zadał sobie pytanie. Miał dziwne wrażenie, że te sny zaczęły się pojawiać krótko po tym, jak zaczął ją czytać. - Szkoda, że nie pisałem pamiętnika - dodał w myślach.
Przypomniał sobie jeszcze raz te oczy i wzdrygnął się na myśl o nich. Było w nich coś dziwnego, coś nienaturalnego. Poczuł głód, spojrzał na zegar, było już kilka minut po 6, więc postanowił pójść zjeść coś w końcu.
W myślach ciągle miał dziewczynę z snu i te oczy.




Podobało się? Przeczytaj również prolog: Ziarno Prawdy - Prolog cz. 1, Ziarno Prawdy - Prolog cz. 2
A oprócz tego polub Ziarno Prawdy na facebooku!


Ziarno Prawdy #8 - Opowieść o przeszłości

Kobieta w sukni zaprowadziła Mateusza i Natalię na skraj polany, gdzie znajdowało się zwalone drzewo.
- Usiądźcie - powiedziała. - To długa historia. Wszystko zaczęło się od pewnej dziewczyny, imieniem Iridia. Zapoczątkowa ona czwartą i niestety ostatnią erę dla naszego ludu, odkrywając zapomniane tajemnice. Pierwszą erę zaczęliśmy liczyć od momentu, gdy udało nam się zapanować nad magią tego świata.
- Zaczekaj - przerwał jej. - Przecież magia nie istnieje.
- W pewnym sensie masz racje. Została zablokowana, gdy po wielu setkach lat jej używania, najmądrzejsi z naszego ludu zauważyli, że czyni ona więcej zła, niż pożytku. Niektórzy stawali się tak potężni, że mogli niszczyć całe miasta jednym skinieniem ręki, przedłużali swoje życia tak, że byli niemal nieśmiertelni. Wybuchła wtedy Wielka Wojna, która pochłonęła niemal wszystkich. Postanowiono wtedy związać magię w ośmiu miejscach, rozrzuconych po całym świecie, dzięki czemu nikt nie mógł już z niej korzystać. Owe miejsca były strzeżone przez Strażników - ośmiu największych myślicieli swojego czasu, którzy poświęcili swoje życia dla tego celu - strzegąc tych miejsc nie byli ani żywi, ani martwi. Byli wybrani bardzo dokładnie, aby nikt nie miał wątpliwości, że będą mogli być tam uwięzieni przez całe tysiąclecia. Wszyscy się zgodzili i dokonano związania magii. Nikt nie zapisał wiedzy na temat jej rozwiązania a ci, którzy wiedzieli wkrótce umarli, gdyż dotychczas żyli właśnie dzięki mocy, która pozwalała się im leczyć. Zdziesiątkowane ludy w końcu podniosły się z ruin, powstawały piękne budowle i tak minęła cała druga era. Jej koniec jest określony dosyć umownie - jeden ze Strażników zaczął słabnąć i powstały cztery dziwne artefakty - naszyjniki przepełnione magią. Starszyzna ludu z wioski znajdującej się obok tego miejsca nie powiedziała nikomu o tym, próbując posiąść ich moc. Na szczęście żadnemu się nie udało. Po pewnym czasie jedno z nich zostało zgubione i po kilku dniach znalezione przez jedno z dzieci. Bardzo cieszył się nową błyskotką i ubrał naszyjnik. Jego moc została częściowo w niego przelana, wypaczając jego wolę. Nie powiedział o znalezisku nikomu i ukrył go dobrze. Gdy po kilku latach dorósł, ukradł pozostałe 3 klejnoty i uciekł z nimi. Wysłano w pogoń za nim tropicieli, jednak nie udało się im go znaleźć. On tym czasem osiedlił się w wiosce oddalonej tak daleko, od reszty świata, że nikt za bardzo nie wiedział o jej istnieniu. Większość mieszkańców była rolnikami, jednak nie było ich wielu. Szybko udało mu się zdobyć pełnie władzy. Od momentu ucieczki z wioski cały czas miał na sobie jeden z kamieni, ten, który znalazł pierwszy. Uważał, że był ku niemu przeznaczony a jego celem ma być działanie w imieniu dobra. Zaczął więc szkolić młodzieńców z wioski w sztukach walki oraz skradaniu się. Trzech najlepszych otrzymało również owe kamienie i zostali wysłani na swoją pierwszą misję, podczas której mieli zabić przywódców pobliskich wiosek. Udało się im to zrobić, nie zostali też wykryci, tajemnicze morderstwa przez lata zadziwiały ludzi. Chłopak, który ukradł kamienie żył jeszcze długo, aż przed swoją śmiercią wezwał tamtych trzech i kazał walczyć im ze sobą na śmierć i życie. Mógł wygrać tylko jeden i tak też się stało. Kazał wtedy podać sobie 3 kamienie i magicznie połączył je w jeden, po czym dał go zwycięzcy, nakazując mu kontynuować tradycję szkolenia Wybranych - wojowników zabójców. Kamień miał mu zapewnić długowieczność oraz sprawność. Po tym zdjął z szyi swój kamień, mówiąc, że kiedyś pojawi się Wybraniec, który nie będzie mężem, jemu przekażesz mój naszyjnik, otrzyma on szczególną misję i chociaż z pozoru będziecie myśleć, że zawiódł - będzie odwrotnie. Zakazał mu również oddawać go komukolwiek, co do którego nie będzie w stu procentach pewnym, że jest odpowiednią osobą.

Przerwała i popatrzyła na młodych ludzi. Uśmiechnęła się do nich i po chwili kontynuowała.

- Minęło niemal dwieście lat zanim zrozumiał o co chodziło. Nie będzie mężem - dotychczas szukał młodego chłopaka, który nie miał jeszcze żony. Dopiero w roku 230 3. ery, gdy przyjął do siebie pierwszą dziewczynę zrozumiał, że to ona ma być tą Wybraną. Resztę historii znasz, czyż nie.

Popatrzył na nią zdziwiony i nagle zrozumiał. Te sny, które miał przez wakacje tak na prawdę opowiadały mu o zaginionej przeszłości.
- Zaczynasz rozumieć - powiedziała. - Udało ci się trafić na księgę, jednak nie wierzyłeś w sny i wizje, które na ciebie sprowadziła.
Natalia spojrzała na niego zdziwiona.
- Masz w domu księgę, o której ona opowiada?
- Wychodzi na to, że tak. Co teraz mam zrobić? - zapytał kobiety. Jej wzrok znów stał się pusty i zimny.
- Nie jesteś jeszcze gotowy. Nadejdzie czas, za kilka lat, kiedy przypomnisz sobie to wszystko znowu. Wtedy przyjdziesz tu do mnie, a ja cię poprowadzę. Do tego czasu nie będziesz pewien, czy to, co widziałeś było prawdą, czy nie. A teraz, obudź się - powiedziała władczym tonem.

Otworzył oczy. Głowa pobolewała go, czuł, że za dużo wypił poprzedniego dnia. Było jeszcze ciemno, chciał obrócić się i popatrzeć na zegar, gdy odkrył, że coś ciężkiego znajduje się na jego ramieniu. Otworzył szerzej oczy, nie poznawał pokoju, w którym się znajdował, spojrzał w dół i aż wzdrygnął się z zaskoczeniu. O jego ramię opierała się głowa Natalii, po chwili poczuł, że nie tylko głowa, bo ona cała była w niego przytulona.
- Co się stało - zapytał sam siebie. Nie pamiętał nic od chyba trzeciej butelki, tylko jakieś niewyraźne fragmenty, jakaś kobieta, las.. próbował sobie to uporządkować, ale nijak nie pamiętał, jak się znalazł tu gdzie był. Podejrzewał, że jest w domu Natalii, ale nie był tego pewien. - Czy myślmy... - zapytał samego siebie po czym przeraził się, że mógłby tego nie pamiętać. Dziewczyna zdała się wyczuć, ze się obudził, bo otworzyła lekko oczy, jednak gdy zauważyła, że wciąż jest ciemno - zamknęła je z powrotem.
- Misiek śpij, nie ma jeszcze nawet szóstej - powiedziała, przytulając się mocniej i znowu zasypiając.
Zamknął oczy, jednak nie udało mu się zasnąć. Zbyt dużo się działo naraz. Próbował sobie to wszystko uporządkować, jednak ból głowy skutecznie mu w tym przeszkadzał. Przeleżał więc tak do ósmej myśląc o wszystkim i niczym. W końcu dziewczyna się obudziła.
- Dzień dobry - powiedziała i pocałowała go w policzek. - Jak samopoczucie?
- Głowa trochę boli ale poza tym to nienajgorzej - odpowiedział i uśmiechnął się. Wciąż nie był pewien, do czego doszło między nimi w nocy.
- To dobrze, bo zaraz będziesz musiał się stąd jakoś ulotnić - zaśmiała się. - Moi rodzice nie byliby zadowoleni, gdyby cię tu odkryli. Ale spokojnie, masz jeszcze czas, zazwyczaj w soboty nie wstają przed dziesiątą. No i jak pozwolisz mi się ubrać to zawsze można coś wymyślić - mrugnęła okiem, po czym odwróciła się i usiadła na łóżku. Dopiero teraz zauważył, że jest prawie całkiem naga.
- Dlaczego ja nic nie pamiętam - zapytał się w myślach, podczas gdy ona wstała. Długie włosy opadały jej na plecy, gdy szła w kierunku szafy, kołysając się lekko.
- Chyba za dużo wczoraj wypiliśmy - powiedziała, ubierając koszulkę. Odwróciła się i uśmiechnęła, wyglądając tym samym jeszcze słodziej.
- Dlaczego nic nie pamiętał - pytał się cały czas w myslach


Ziarno Prawdy #7 - Piątkowe ognisko

Nigdy wcześniej nie biegł tak szybko. Chciał uciec od tego miejsca jak najszybciej i jak najdalej. Klucząc przez korytarze w końcu udało mu się wybiec na ulice. Był piękny, słoneczny dzień, on jednak nie przejmował się tym. Biegł nadal, aż nagle wpadł na wyłaniającą się zza rogu budynku osobę. Pęd przewrócił ich na ziemię.
- Najmocniej przepraszam - wykrzyknął, a jego głos był mieszaniną strachu z powodu tego, co zobaczył oraz szczerego poczucia winy. Spojrzał na osobę, która zbierała się do wstawania i aż zaniemówił, była to owa rudowłosa dziewczyna, która najpierw pojawiła się w jednym z jego snów, a następnie widział ją pierwszego dnia w szkole.
- Oszalałeś? - krzyknęła na niego, po czym spojrzała i również zaniemówiła.
Czy ona mnie poznaje? - zapytał sam siebie w myślach. Być może to nie był tylko sen.
Lecz jeśli nie sen - to co?
- To ty... - powiedziała, stojąc już na nogach, po czym wstrząsnęła głową i dodała. - Przepraszam, chyba cię z kimś pomyliłam.
- To naprawdę dziwne - pomyślał patrząc jak tamta odchodzi. Mimo wszystko nie był w stanie ruszyć się, ani wydać z siebie żadnego dźwięku. - Zbyt dużo naraz. Najpierw tamto wydarzenie z szkoły, a teraz ta dziewczyna - dodał w myślach. - Przynajmniej teraz jestem pewny, że istnieje naprawdę.
- Nic ci się nie stało? - usłyszał za plecami. Odwrócił się i zobaczył Kacpra - jednego z kolegów z klasy.
- Nie, drobnostka - odparł i zerknął spowrotem za rudowłosą, jednak odeszła tak szybko, że teraz jej już nie widział.

Był to piątkowy wieczór, a jak wiadomo - piątek to weekendu początek. Nowi znajomi organizowali spotkanie integracyjne, czyli ognisko połączone zapewne z piciem alkoholu. Nie wszyscy zapewnili, ze przyjdą, Mateusz również nie miał zamiaru, jednak po porannym incydencie rozmawiał więcej z Kacprem i ten go w końcu namówił. Mieli spotkać się przed szkołą i tam też na niego czekał. Przywitali się, po czym wsiedli to autobusu, by po kilkunastu minutach być już na miejscu. Reszta już tam była, czekając na nich, las był dosyć spory a nie chcieli spędzić wieczoru na szukaniu zaginionych kolegów. Gdy w końcu wyruszali, słońce już zachodziło.

Las

Na miejscu nie szło się bardzo długo, czas mijał tym szybciej, że w dobrym towarzystwie, rozmawiając. Mateusz zapomniał o strasznych przeżyciach dzisiejszego dnia, nie myślał też o wszystkich dziwnych rzeczach, które wydarzały się w ostatnim czasie. Teraz dogadywał się dobrze z wszystkimi i czuł się dobrze dzięki temu. Dotarli na miejsce i od razu zabrali się za szukanie drewna oraz rozpalanie ogniska. 6 chłopaków i 4 dziewczyny zrobili to zadanie dosyć szybko i zanim zrobiło się całkiem ciemno, siedzieli już przy płonącym ognisku. W końcu wysoki blondyn wyciągnął butelkę wódki. Każdy, oprócz Mateusza wyjął coś, do czego mógł sobie nalać. On o tym w ogóle nie pomyślał wcześniej i teraz rozglądał się bezradnie. Zauważyła to jedna z dziewczyn, brunetka o imieniu Natalia i przysiadła się bliżej, uśmiechając się.
- Trzymaj - powiedziała, wyciągając z plecaka kieliszek. - W zamian postawisz mi następnym razem piwko.
- Dzięki, ale nie trzeba było... - zaczął i ugryzł się w język. Przypomniało mu się, że obiecał sobie, że w tej szkole od początku będzie miał przyjaciół, nawet jeśli niekiedy będzie musiał zrobić coś, co mu nie do końca odpowiada.
- To oddawaj - zaśmiała się. - Nie mów, że nie chcesz z nami pić.
- Chcę - odpowiedział cicho, jednak ona już rozmawiała z kimś innym.

Pierwsza butelka zeszła bardzo szybko, szczególnie na tak dużo osób, podobnie było z drugą i trzecią. Mateusz zastanawiał się, jak dużo jeszcze mają w zapasie, gdy okazało się, że będą pić właśnie ostatnią. Kręciło mu się trochę w głowie, jednak od stanu upicia było mu jeszcze daleko. Nie można było tego powiedzieć o innych, szczególnie dziewczynach. Jego sąsiadka, Natalia, dotychczas rozmawiała głównie z Olą, jednak tamta leżała teraz w ramionach Kacpra. Brunetka odwróciła się do Mateusza, uśmiechając się.
- Wypijmy bruderszafta
- Ale jesteśmy już na ty - odpowiedział, jednak ona już nalewała.
- Nic nie szkodzi - wypili, po czym pocałowała go w policzek. Popatrzył na nią zdziwiony a ona roześmiała się. - Taka tradycja.
Mateusz odwzajemnił uśmiech.

Ognisko w końcu dogasało, trzeba było zbierać się do domów. Było już grubo po północy. Ostatnie kilkadziesiąt minut spędził na rozmowach z Natalią, o wszystkim w zasadzie.
- Trzeba się zbierać - oznajmiła.
- Taaak - odpowiedział, szybko wstając. Jednak tak szybko jak wstał, tak szybko usiadł z powrotem. Okazało się, że jednak alkohol uderzył go mocniej niż mu się zdawało.
Dziewczyna roześmiała się. Chwytając go za rękę, wstali a ona przytuliła się do niego.
- Też jestem pijana, tak będzie nam łatwiej iść.
- Zapewne - odparł.
Nie byli pierwszymi, którzy wychodzili, ani nie ostatnimi. Został jeszcze Kacper z Olą, którzy chyba przysnęli, oraz wysoki blondyn, ten, który przyniósł pierwszą butelkę. Mateusz ciągle nie mógł zapamiętać jego imienia. Pożegnali się, jednak on nie zwrócił na nich uwagi, siedząc i wpatrując się w dogasające patyki.

Droga powrotna okazała się być dużo dłuższa, gdyż po kilkudziesięciu minutach doszli do wniosku, że nie mają pojęcia, gdzie się znajdują. Wchodzili akurat na polankę, pośrodku której znajdował się krzak niebieskich kwiatów, podobnych do róż. Podeszli do niego, przyglądając się mu. Nagle usłyszeli za swoimi plecami kroki. Obrócili się i ujrzeli kobietę w długiej do ziemi, ciemnoniebieskiej sukni. Patrzyła na nich z złością pomieszaną z zdziwieniem.
- Co tu robicie? - zapytała, a jej głos przeszył ich ciała uczuciem podobnym do wejścia do lodowatej wody. - Nie powinno was tu być.
- Zgubiliśmy się - Mateusz odpowiedział niepewnie. Popatrzyła niego zdziwiona.
- To miejsce jest dobrze ukryte i strzeżone, nie da się tutaj przyjść, jeśli się o nim nie wie.
Nagle przypomniał mu się fragment z Czarnej Książki, którą czytał przez wakacje. Bohater był w bardzo podobnym miejscu. Obejrzał się za siebie, spoglądając na kwiat, czy to możliwe?, pomyślał, zbliżając się do krzaka.
- Stój! - władczy głos kobiety powstrzymał go przed dotknięciem jednego z kwiatów. - Podejdź tu - usłuchał. Przyjrzała się mu dokładnie. - Podaj mi dłoń - powiedziała. Zawahał się przez chwilę, po czym wyciągnął do niej swoja rękę. Dotknęła jej i podniosła wzrok, zdziwiona.
- Ather ithani więc to prawda, czekaliśmy na Ciebie długo. A ta dziewczyna to kto?
Obejrzał się na Natalię.
- Koleżanka z klasy... chwila, co to oznacza, że czekaliście? I kim jesteście?
Spojrzała na niego pustymi, niebieskimi oczyma, jej wzrok wyglądał jakby patrzyła gdzieś daleko.
- Jesteśmy ludem, który istniał na długo przed ludźmi, niestety przez własną głupotę zostaliśmy zniszczeni. Przed tym jak zostaliśmy wypędzeni udało nam się jednak pozostawić ślad po sobie. Ather ithani, syn Księżyca, ten, w którego żyłach będzie krew jednego z nas miał nadejść by wyzwolić nasz lud. Wiedzieliśmy, że nie nastąpi to szybko, stworzyliśmy więc miejsca takie jak to, są one ukryte przed zwykłymi ludźmi, można było do niego trafić tylko, jeżeli wiedziało się o nich. Powstała również księga, opisująca te miejsca. Wędrowała po całym świecie, z czasem ulegając niszczeniu. W końcu przepadła, zapomniana. Oglądaliśmy ten świat z oddali, poszukując odpowiedniej osoby. Znaleźliśmy kilka, niestety żaden z nich nie miał w sobie naszej krwi. Musisz wiedzieć, że nie było nas wielu, a każde wyjście do ludzi oznaczało dla nas wyrok śmierci, byliśmy w końcu wypędzeni i nie mieliśmy prawa wracać.
- Ale kto was wypędził? I dlaczego? No i dokąd - zapytał. - To strasznie dziwne co opowiadasz.
- Posłuchaj więc opowieści mojego ludu - odpowiedziała

c.d.n.


Ziarno Prawdy #6 - Pierwszy dzień

Już nigdy nie będziesz pewien, czy to , co widziałeś było tylko snem, czy może prawdą.

Te słowa prześladowały go w drodze do swojej nowej szkoły. Od tamtego dnia minął już ponad miesiąc, a on coraz bardziej nie był pewien, co wydarzyło się naprawdę. Teraz chciał o tym zapomnieć. Próbował zebrać się w sobie, w końcu musiał dobrze wypaść przed nową klasą - niestety, nie udawało mu się to. W końcu stanął przed dużym budynkiem, w którym miał spędzić następne trzy lata. Spojrzał na masywne, drewniane drzwi a następnie w górę, na napis głoszący, że oto stoi przed Pierwszym Liceum. Wszedł do środka. Autobusy jeździły spod jego domu rzadko, więc teraz był jeszcze długo przed czasem. Do tej pory był tutaj raz - złożyć papiery aby zostać przyjętym, jednak nawet teraz wnętrze przytłaczało go w pewien sposób. Wiedział, że budynek był ogromny, widać to było już od wejścia. Hol był długi i szeroki, posiadał też dwie nawy boczne, odgrodzone marmurowymi filarami. Aula znajdowała się na samym końcu. Po bokach znajdowały się przejścia do skrzydeł, w których były sale lekcyjne. Nie orientował się jeszcze, gdzie będzie się uczył, jednak nie zawracał sobie tym głowy. W końcu dotarł do drzwi auli, popchnął je lekko i zauważył, że na scenie odbywa się próba generalna przestawienia z okazji rozpoczęcia. Rozejrzał się po sali - nie było nikogo, oprócz niego. Wszedł po cichu i usiadł na najbliższym wolnym miejscu, na szczęście nikt go nie zauważył. Aktorzy ćwiczyli i nie zwracali na niego uwagi, on mógł tymczasem poświęcić swoją uwagę oglądaniu wnętrza. Sufit znajdował się na wysokości odpowiadającej 2.5 piętra, na nim namalowane były sceny religijne. Zdziwiło go to, gdyż to liceum nie było szkołą katolicką.

- Przepraszam, co ty tu robisz? - kobiecy głos wyrwał go z zamyślenia. Nauczycielka, opiekunka grupy aktorskiej patrzyła na niego. - Nie powinno cię tu być. Wyjdź na zewnątrz i zaczekaj aż zaprosimy do środka.

Zrobił przepraszającą minę i wyszedł. Okazało się, że pierwszoroczni uczniowie już zbierali się, większość z nich stała w kilkuosobowych grupkach i rozmawiali ze sobą. Rozejrzał się dookoła, jednak nie znalazł nikogo znajomego, zresztą nikogo takiego się nie spodziewał. Dojrzał kilka osób, które wyglądały sympatycznie, jednak nie miał odwagi podejść do nikogo. Udało mu się za to dostrzec niezajętą ławkę po lewej stronie. Podszedł do niej i w momencie, gdy był już blisko zorientował się, że nie tylko on wpadł na ten pomysł. Tuż obok szła zamyślona blondynka i prawie na nią wpadł, odsuwając się w ostatnim momencie. Popatrzyła na niego zaskoczona.
- Przepraszam - powiedziała. - Nie zauważyłam cię - dodała, odgarniając pojedynczy złoty lok, który jak na złość ciągle opadał jej na lewe oko.
- Nic się nie stało - odpowiedział i odwrócił się, odchodząc.

Po chwili zorientował się jakim był głupcem, nie siadając koło tamtej, jednak teraz było już za późno, byłoby mu zbyt głupio tak po prostu tam wrócić. Zamiast tego stanął przy jednym z filarów, obserwując wchodzących ludzi. W końcu drzwi do auli otworzyły się i ukazała się w nich nauczycielka, która wcześniej zwróciła mu uwagę. Nowi uczniowie ruszyli w kierunku auli, by zająć miejsca na inaugurację roku szkolnego. Stojąc w tłoku przy wejściu spojrzał w bok i zauważył, że dziewczyna, którą wcześniej opuścił na ławce patrzy na niego. Ich spojrzenia skrzyżowały się, uśmiechnęła się krótko, po czym szybko odwróciła wzrok.
- Na prawdę jestem głupcem - powiedział do siebie.

Dyrektor przemawiał bardzo długo. Uczniowie dowiedzieli się niemal całej historii szkoły, chociaż większość z nich po kilkunastu minutach już spała (wśród nich był również Mateusz). Niestety nie obudzili się na występ artystyczny, a był warty obejrzenia. Po zakończeniu części oficjalnej należało przejść do swoich klas. Wszystko byłoby proste, gdyby tylko wiedziało się, gdzie ta klasa się znajduje. Mateusz patrzył bezradnie dookoła, niestety nie udało mu się zauważyć nikogo znajomego. Uczniów ubywało, jednak odkrył, że nie jest jedynym zagubionym. Podszedł do najbliższego i okazało się, że on również idzie do tej samej klasy. Wkrótce znaleźli jeszcze dwie osoby, w tym jedną, która miała pojęcie, jakiej klasy mają szukać.
Gdy znaleźli ją, reszta rozmawiała ze sobą. Mateusz rozejrzał się po klasie, szukając wolnego miejsca a przy okazji przyglądając się nowym kolegom i koleżankom.

W końcu wracał do domu. Do przystanku autobusowego nie miał daleko, jednak przejście zajęło mu chwilkę. Szedł zamyślony.
Nagle kątem oka zauważył po drugiej stronie drogi rudowłosą dziewczynę. Przystanął i obrócił się, patrząc na nią. Nagle wszystko mu się przypomniało - tamten sen z pociągu.
- Czy to możliwe, żeby to była ona? - pomyślał, po czym przypomniał sobie, że przecież wtedy to był tylko sen, ona nie mogła istnieć na prawdę, pewnie to był ktoś bardzo podobny. Oddalała się teraz, w końcu stracił ją z oczu, odwrócił się i poszedł dalej.
- Naprawdę dziwne - powiedział do siebie.






Piątek, 7 września 2001 roku

Pierwsze dni minęły jak zwykle w nowych szkołach - ludzie poznawali się, nauczyciele prowadzili lekcje organizacyjne, generalnie nic specjalnego się nie działo. Mateusz po cichu liczył na to, że uda mu się spotkać ową tajemniczą blondynkę z pierwszego dnia, albo dostrzec znowu rudowłosą nieznajomą, niestety bez powodzenia. Mimo wszystko bardziej zależało mu na porozmawianiu z tą pierwszą, niestety, aż do dziś nie miał o niej żadnych informacji, wieści. Nie wiedział nawet jak się nazywa, ani do której klasy chodzi. Nie wiedział nic, oprócz tego, że była bardzo ładną blondynką. Tego dnia to się zmieniło.
- Ogłoszenie dyrektora liceum - zajęcia przerwał damski głos z głośnika, po czym odezwał się męski głos dyrektora. - W związku z zaginięciem uczennicy Katarzyny Abelinskiej prosimy każdego, kto może mieć informacje na temat miejsca jej pobytu, lub widział ją dnia 3 września lub później, o kontakt z sekretariatem.
Początkowo nie wiedział o kogo chodziło, jednak zniknięcie dziewczyny nie było czymś normalnym. Obawiając się, że może chodzić o ową blondynkę, poszedł do sekretariatu, aby rozwiać wątpliwości. Niestety, okazało się to prawdą. Z tego, co udało mu się dowiedzieć, był jedną z ostatnich osób, które ją widziały. Wynikało z tego, że weszła na aulę lub próbowała tam wejść, niestety do klasy już nie dotarła. Żadnej wychodzącej uczennicy nie zauważył również portier. Nie mogła również uciec przez okno, gdyż te na parterze miały kraty, a z piętra miałaby zbyt wysoko. Wyjścia ewakuacyjne również były dokładnie zamknięte. Musiała więc ukryć się gdzieś w szkole a następnie wmieszać w wychodzący tłum. Tutaj pojawia się jednak inne pytanie - po co miałaby to robić?
Zamyślony szedł przez korytarze szkoły, nie zwracając, gdzie dokładnie idzie. W końcu zorientował się, że nie wie, gdzie jest. Rozejrzał się. Był przy zamkniętych drzwiach do podziemi. Były oszklone, jednak ciemność panująca w środku sprawiała, że nic w środku nie widział. Podszedł bliżej, przyglądając się zaintrygowany. Zdawało mu się, że dostrzegł coś w środku. Stanął tuż przy nich i już miał dotknąć szyby, gdy zrozumiał, co to jest. Patrzył wprost na migoczącą twarz zaginionej dziewczyny. Miała zamknięte oczy i bladą twarz, jednak na pewno była to ona. Przybliżył głowę jeszcze odrobinę i w tym momencie otworzyła oczy.
Były czerwone.


Ziarno Prawdy #5

Do stolicy dotarła późnym popołudniem. Nie zdążyła niczego obejrzeć, musiała coś zjeść. Na noc zatrzymała się u jednego z rzemieślników, u którego miałaby zamiar pracować, gdyby nie została przyjęta do Gildii. Jedzenia miała niewiele, więc musiała wybrać się tam już następnego dnia.

4 dni przed końcem 3 ery, rok 538, Sa'aldin, stolica Astarii

Z bliska budynek wydawał się jeszcze większy. Stojąc u podnóża Gildii popatrzyła w górę i aż w głowie zakręciło się jej z zachwytu - białe mury sięgały kilkadziesiąt metrów do góry. Częścią, na którą patrzyła była Strażnica - wysoka wieża, na szczycie której znajdowały się 4 balisty, mogące ostrzeliwać cały obszar doliny, czyniąc miasto trudniejszym do oblegania.
Szła w asyście dwóch wojowników ubranych w biało-niebieskie stroje. Do środka nie mógł wejść byle kto, więc Straż sprawdzała każdego. Potencjalni rekruci zawsze byli eskortowani, aby nie zabłądzili. Chodziło zarówno o ich bezpieczeństwo, gdyż w wielu miejscach Wojownicy ćwiczyli walcząc ze sobą, ale również zapobiegało w pewnym stopniu szpiegowaniu tajemnic Gildii. Była to najstarsza jednostka wojskowa na świecie, z tradycjami wywodzącymi się jeszcze z pierwszej ery, a niektórzy twierdzili, że jeszcze dawniej, teraz trudno było to potwierdzić. Sam budynek był rozbudowywany wielokrotnie, na temat jego podziemi i ukrytych przejść, komnat, krążyły niezliczone plotki, tym bardziej, że ich nie potwierdzał, ani im nie zaprzeczał.
W końcu przeszli przez ogromne drewniane wrota i znaleźli się w dużej, przestronnej sali. Iridia spojrzała do góry i ponownie zdumiała się, widząc misterne obrazy, namalowane na suficie, przedstawiające niezliczone bitwy wygrane przez Gildię. Jej strażnicy zatrzymali się. Jeden obrócił się w jej stronę, bacznie ją obserwując, jednak nic nie mówiąc. Drugi poszedł do przełożonych. Rozglądała się jeszcze, podziwiając kunszt wykonanych dzieł sztuki, gdy w końcu przyszedł jeden z Przywódców. Był to dobrze zbudowany mężczyzna, wyglądał na dobrze po czterdziestce. W przeciwieństwie do strażników miał nagi tors na którym widoczne były liczne tatuaże oraz blizny - pamiątki stoczonych pojedynków i wygranych bitew. Spojrzał na nią krytycznym wzrokiem - wyglądała bardzo marnie w porównaniu do niego.
- Czego tu szukasz? - powiedział. - Nie szukamy służby - zaśmiał się.
Strażnicy nawet nie poruszyli się, dalej bacznie obserwowali ją, a ona poczuła, że się czerwieni.
- Chciałam zostać Wojowniczką - powiedziała nieśmiało.
- Ty? - zaśmiał się głośno. - Nie dziw się, że cię wyśmiewam - dodał po chwili. - To samo zrobiliby nasi wrogowie, gdyby dowiedzieli się o takim rekrucie. Jeśli to wszystko to żegnam. - powiedział i odwrócił się.
- Ale.. - spróbowała zaprotestować, jednak wiedziała, że to na marne.




- Nie przyjęli jej? - zdziwił się Mateusz.

Dziewczyna popatrzyła na niego zamyślona.
- Niestety - powiedziała. - Musiała odejść z niczym. Być może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej, a my nie rozmawialibyśmy teraz. Nie wiedziała, że jest obserwowana - dodała po chwili. - Pewni ludzie spodziewali się przyjścia niezwykłej osoby i chcieli wykorzystać ją do swoich celów. W pewnym sensie się im udało - zasmuciła się. - W każdym razie wróciła do swojego mieszkania, po drodze zatrzymując się tylko po jedzenie. Albo może bardziej aż po jedzenie. Gdy wyciągała z sakiewki monety wypadła jej również owa srebrna zawieszka. Podniosła ją i schowała natychmiast myśląc, że nikt nie zauważył - niestety było inaczej. Zauważyła jedna osoba i o tą jedną osobę było to zbyt wiele.




2 dni przed nastaniem 4. ery, rok 538, Sa'aldin, stolica Astarii, noc.

Wiedziała, że wraca bardzo późno do mieszkania, jednak tak jakoś wyszło. Był nów i generalnie było bardzo ciemno. Weszła do swojego pokoju i poczuła, że coś jest nie tak. Usiadła na łóżku i dopiero wtedy zauważyła zamaskowaną postać stojącą po drugiej stronie pokoju. Nie ruszała się, tylko patrzyła na nią cały czas. Ze strachu nie mogła nic zrobić. Tamten zrobił krok do przodu, a ona odruchowo cofnęła się na łóżku, równocześnie łapiąc w rękę sakiewkę. Poczuła, że nie zamknęła jej dobrze i teraz metalowy obiekt wkulał się do jej prawej dłoni. Zamaskowana osoba zrobiła jeszcze jeden krok, a Iridia wyciągnęła przed siebie lewą rękę, nie chcąc, by tamta osoba podeszła blizej. Strach był ogromny, prawie tak duży jak chęć znalezienia się gdzieś indziej. Nagle poczuła, jak dziwny dreszcz przebiegł przez jej ciało, na sekunde wyczuła, jak srebrny przedmiot emituje do niej swoją moc, a ta przebiega natychmiast do drugiej ręki. Usłyszała huk, a cały świat zawirował. Straciła poczucie czasu i przestrzeni. Otworzyła oczy, jednak widziała tylko biel, otaczającą ją z każdej strony. Nie było nic więcej, prócz niekończącej się przestrzeni złożonej tylko z bieli. W końcu zobaczyła inną postać, znalazła się obok niej tak niespodziewanie, że wręcz wystraszyła ją. Odważyła się popatrzeć na nią, jednak nie poznawała jej w żaden sposób. Widziała twarz tej kobiety pierwszy raz, jednak miała równocześnie wrażenie, jak gdyby ona znajdowała się przy niej od kilku dni.

- W końcu - osoba powiedziała do niej. - Tyle lat w zamknięciu. Tyle lat uciekania przed śmiercią. Tyle lat w samotności. W końcu ktoś przyszedł mnie uwolnić.
Iridia była zbyt przestraszona by coś odpowiedzieć, więc kobieta kontynuowała.
- Widzisz, jesteśmy teraz poza czasem i poza przestrzenią. Mogę znaleźć się gdziekolwiek chcę, aczkolwiek tutaj nic nie ma. Ciężko mi powiedzieć, jak długo tutaj byłam, może minęło kilka dni, może kilka tysięcy lat... Swoją drogą, jaki mamy rok?
- 538 3. ery - odpowiedziała niepewnie.
- Więc trzysta lat minęło... - powiedziała i zamilkła na moment. - Pewnie dużo się zmieniło. Widzisz, będąc tutaj miałam wiele czasu na rozważanie tego, co się stało. Umarłam, a jednak w jakiś sposób żyłam. Udało mi się odkryć coś niesamowitego, poczuj to a zrozumiesz - powiedziała, po czym krzyknęła donośnym głosem. - Poczuj to!

Uderzenie energii zatrząsnęło całym ciałem Iridii, jednak nic się jej nie stało. Kobieta stojąca naprzeciwko zaśmiała się.
- Ta moc jest tu wszędzie dookoła. Przepływa swobodnie i można jej użyć, niestety, mi ona do niczego nie jest potrzebna. Nie mam już ciała, nie mogę też wrócić do Hastapuru w żaden sposób. Próbowałam, ale nie udało mi się. Ty jednak masz ciało. Nauczę cię tego, co sama zdołałam odkryć. Nauczę cię magii.




- I widzisz, tak rozpoczęła się czwarta era. Era wielkiego niepokoju, era magii i wojen.
- Ale przecież... magia nie istnieje - odpowiedział zdziwiony. Popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem.
- Tak ci się tylko wydaje. Teraz obudzisz się i już nigdy nie będziesz pewien, czy to co widziałeś, było tylko snem, czy może prawdą. Ale będziesz szukał, w końcu ci się uda znaleźć odpowiedź, by potem okazała się nieprawdziwa...
- Mówisz zagadkami, nie mogłabyś...
- Mateuszu - przerwała mu. - Obudź się! - krzyknęła




30 lipca 2001 roku

Obudził się zlany potem. Dzisiejszy sen był wyjątkowo dziwny.
Już nigdy nie będziesz pewien, czy to , co widziałeś było tylko snem, czy może prawdą.
Słowa zapamiętał mocno, jednak szczegóły szybko bladły. Sięgnął po swój pamiętnik, jednak na jego miejscu znalazł tylko czarną książkę.
Nie miał czasu szukać czego innego, więc otworzył ją pod koniec i odkrył, że posiada wiele czystych kart. Znalazł pierwszą wolną i zapisał ją swym ostatnim snem.



Ziarno Prawdy: Prolog cz. 2. Zło konieczne

Czynić zło w obronie dobra, brzmi śmiesznie, nieprawdaż? Cóż, niektórzy mówią, że to możliwe. A nawet, że konieczne.

22 dzień miesiąca Septów, 236 rok 3. ery

- Nie wyglądasz na zadowoloną - usłyszała znajomy głos za plecami. Odwróciła się i spojrzała w oczy swojego mentora.
- A dlaczego miałabym? - odpowiedziała patrząc mu bezczelnie w oczy. - Najpierw uczysz mnie wielkich wartości, każesz przestrzegać prawa,by potem łaskawie oznajmić, że będę musiała i tak je złamać.
- To nie jest takie proste - odpowiedział łagodnie. - Jesteś Wybrana, to nie jest moja wina.

Dzień był chłodny, zerwał się delikatny, lecz dokuczający wiatr z północnego-wschodu. Mocniej opatuliła się szatą.
- Wybrańczyni, która drży z żimna - Kat'dwara zaśmiała się w myślach. - O tym legendy nie wspominają.
Stała jednak nadal, zachwycając się widokiem, który rozpościerał się pod jej stopami. Widziała swój dom być może po raz ostatni, teraz musi wyruszyć w podróż i walczyć z złem - przynajmniej tak twierdziła Starszyzna. Ale dlaczego ta walka ma oznaczać mordowanie dzieci? Dlaczego mam zakradać się do niczego niespodziewających się ludzi i szybkim ruchem noża pozbawiać ich życia? Dlaczego mam się ukrywać w cieniu, żeby nikt nie dojrzał mojej twarzy, moich oczu, ust, włosów - tego nikt jej nie powiedział. A gdy pytała to mówili, że to dla większego dobra.

- Ale mnie nikt nie pytał, czy chce być Wybrana - odpowiedziała po chwili.
- A mnie nikt nie pytał, czy chce cię uczyć - odpowiedział bez chwili wahania mentor.- A jednak pogodziłem się z tym. Widzisz, z pewnymi rzeczami trzeba się pogodzić. Wydaje ci się, że to co będziesz musiała robić nie będzie zawsze dobre, cóż, możesz mieć racje. Ale pamiętaj, często istnieje duże, ogromne zło, czekające by pochłonąć świat i obok niego mniejsze, wyrządzające szkodę tylko jednej osobie. I to duże zło mówi: wybieraj, ja albo tamto mniejsze...

Słyszała to już niejednokrotnie, jednak wciąż nie była przekonana czy to aby na pewno musi tak być. Ale cóż, nie miała wyjścia. Przynajmniej tam, gdzie pojedzie będzie z daleka od wszystkich znanych jej ludzi. Przez myśl przebiegł jej widok Rothr'ghana i te jego głupie komentarze na jej temat. Wzdrygnęła się zniesmaczona starając się nie myśleć o nim.

-Dobrze, zrobię to - powiedziała w końcu. - Wyruszę na koniec świata i jeszcze dalej. Wyruszę tam gdzie mnie poślesz. I będę zabijała. Zabijała każdego kogo mi wskażesz. Każde dziecko, dorosłego, starca. Mężczyznę i kobietę. Jeśli taka jest droga do osiągnięcia dobra, niech będzie.
- Przysięgnij - zażądał mentor.

Spojrzała na niego z niesmakiem.
- Przysięgam.

Mentor przytaknął i odwrócił się. Nie zauważyła uśmieszku na jego twarzy gdy zakładał kaptur i ruszał w stronę miasta. Być może gdyby to zobaczyła to postąpiła by inaczej. Ona jednak myślała już o czymś innym.

Myślała o zabijaniu




Podobało się? Przeczytaj również pierwszą część prologu: Ziarno Prawdy - Prolog cz. 1
A oprócz tego polub Ziarno Prawdy na facebooku!




Ziarno Prawdy: Prolog cz. 1. Zwierciadło duszy

Javier od początku wiedział, ze coś jest nie tak. Wystarczyło pierwsze spojrzenie. Być może nie powinno się oceniać ludzi po pozorach. Być może od końca ważnejszy jest początek. Jednak każdy koniec ma swój początek.

Był to spokojny chłopiec, może trochę zamknięty w sobie. Miał swoich przyjaciół, niestety, w Hiszpanii. Natomiast mieszkał w Polsce. Dlaczego? Chyba on sam  zadawał to pytanie najczęściej - samemu sobie. Gdy miał 11 lat jego rodzice rozeszli się. Matka zabrała go ze sobą do Madrytu. Młodsza siostra została z ojcem w odległej o setki, tysiące kilometrów Bielsku-Białej. Nigdy dotąd nie było mu źle - matka miała nie najgorszą pracę i nawet jeśli nie mogli sobie pozwolić na wszystko to wciąż żyli na dosyć wysokim poziomie. Pamiętał ojca, jednak przez 5 lat wspomnienia wyblakły. Zresztą zawsze wolał matkę - rozumiała go, no może nie całkiem ale na pewno lepiej niż ojciec, który większość czasu spędzał poza domem. Co robił? Dla Javiera pozostawało tajemnicą, był za młody, żeby się dowiedzieć

Teraz niestety życie nie mogło być już takie jak wcześniej. Matka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jej ciało zostało wyłowione z Manzanaresy 29 czerwca 2011 roku. Miała na sobie wiele ran, początkowo uznano, że zabiło ją jakieś wygłodniałe zwierze, jednak nic aż tak dużego nie porusza się tak po prostu po ulicach Madrytu. Nie znaleziono również motywu do morderstwa, nie stwierdzono również żeby została przed śmiercią zgwałcona.

Tylko te rany. Naliczono ponad 70 nakłuć różnej wielkości i głębokości.

Javierowi nie pozwolono zobaczyć matki przed pogrzebem - uznano, że widok był za bardzo makabryczny jak dla tak młodego człowieka. Wakacje tego roku były najgorszymi w jego życiu. A teraz cały zestresowany wchodził na swój pierwszy dzień zajęć w szkole. Nie zdążył przyjechać na rozpoczęcie roku i teraz nikogo nie znał...

Z pamiętnika Javiera Rodrigueza
5 września 2011 roku

Mój pierwszy dzień w nowej szkole. Nie chciałem tutaj być. Powinienem teraz siedzieć przy matce i opowiadać jej o wszystkich wspaniałych ludziach których poznałem.

Szkoda, że to niemożliwe.

Matka jest przy mnie cały czas.

Ale ludzie nie są wspaniali
Wspominałem już, że na nasze życie największy wpływ mają ludzie o których często niewiele wiemy? Cóż, u Javiera zdarzyło się dokładnie coś takiego. Nawet jeżeli tego nie chciał. Nawet jeżeli spodziewał się zupełnie czego innego. Życie często sprawia że otrzymujemy co innego, niż chcieliśmy
6 września 2011 roku

Wczoraj zapisałem niewiele, byłem zdenerwowany, to wszystko. Od rana czułem, że wszystko pójdzie inaczej, niż tego bym chciał.

Zaraz po wejściu do szkoły zaczepiła mnie pewna dziewczyna. Bardzo ładna można powiedzieć, wysoka blondynka.

No i te oczy. Dwa niebieskie oceany w których trzeba utonąć.

Oczy śmierci


Pewnego razu w kąpieli

Specjalnie dla Malwiny :)

Pomieszczenie wydawało się nieco zbyt duszne, jednak Jaravan uwielbiał ciepło znajdujące się w izdebce. Przypomniał sobie ostatni raz gdy tu się znajdował i przyjemny dreszcz przebiegł przez jego ciało. Szkoda, że nie miał czasu zaglądać tutaj częściej. Dzisiaj musiał, gdyż następnego dnia czekało go spotkanie z ważną dla niego osobą. Zdjął koszulę i spojrzał dumnie w lustro, oglądając swój nagi tors. Dużo ćwiczył, by doprowadzić swoje ciało do perfekcji i chociaż wiele do tego brakowało to był zadowolony z osiągnięć. Na lewym ramieniu znajdował się tatuaż - anioł - oraz podpis: amor vincit omnia. W końcu napatrzył się na górną część swojego ciała i ściągnął spodnie. Spojrzał w dół. Cóż, z tego widoku nie był zadowolony, jednak nie mógł nic na to poradzić.

W tym czasie nagrzana woda wypełniła po brzegi drewnianą balię. Wszedł nieśpiesznie zachwycając się mokrym dotykiem na swojej skórze, gdy powoli zanurzał się w idealnie ciepłej wodzie. Rozmarzył się wspominając wydarzenia ostatnich tygodni.
- Gdybym tylko teraz nie był tu sam - powiedział do siebie. - Życie byłoby dużo piękniejsze.

Jak na zawołanie pojawiły się dwie niewiasty z wiadrami gorącej wody w dłoniach. Podeszły i jedna powoli wlewała wodę podczas, gdy druga nieśpiesznie zdejmowała koszulę... jednak dalsza część to opowieść na kiedy indziej :)


Nowa strona!

Witam!

Po 3 latach prowadzenia strony dawciupotter.pl postanowiłem ją zamknąć i rozpocząć zupełnie nowy projekt - tą stronę.

Będę ją prowadził w formie blogu.

Archiwum starej strony będzie dostępne wkrótce.

Póki co dodawajcie do ulubionych i stay tuned! :)