Odpowiedź na zakaz homofobicznych wypowiedzi

Kontekst: chodzi o kontrowersję związaną z wlepkami w Gazecie Polskiej o strefie bez LGBT.

O ile naklejanie takich wlepek może być wykroczeniem, jak napisane wyżej [art 63a kw], to sama treść nie tylko nie jest zabroniona ale wręcz chroniona prawnie przez art 54 konstytucji RP. Problem w debatach światopoglądowych (a ruch LGBT jakby nie patrzeć jest ruchem światopoglądowym) jest taki, że każda strona ma swoją rację i czasem ma ochotę bronić jej za wszelką cenę.


O ile nie jestem zwolennikiem homofobii o tyle uważam, że nie tylko nie powinno się karać za bycie przeciwko czemuś a wręcz bronić prawa do swobody wypowiedzi. W demokracji najpiękniejsze powinno być to, że każdy, niezależnie od swoich poglądów, może je wyrazić. Zabranianie wszelkich wypowiedzi anty LGBT może być tak samo niszczące dla wolności jak zabranianie wypowiedzi pro LGBT, w końcu zakazujemy wtedy ludziom wyznawać ich osobiste wartości. Ustanawianie precedensów w takich przypadkach może być bardzo szkodliwe na dłuższą metę, bo może tym razem zakaże się wypowiedzi przeciwko związkom gejów czy lesbijek, za to innym razem może to być zakaz wypowiedzi przeciwko jakiejś partii czy opcji politycznej.

Równocześnie trzeba tu rozróżnić dwie rzeczy - bycie przeciwko LGBT, czyli w zasadzie przeciwko związkom gejów, lesbijek czy przeciwko możliwości zmiany płci przez osoby transpłciowe, a nawoływaniem do np. zabójstwa tychże osób. To są dwie różne rzeczy i nie można ich stawiać na równi, bo to, że ktoś nie chce aby dwóch panów chodziło za ręce po ulicy jeszcze nie oznacza, że ta sama osoba chce ich powyzabijać. Analogicznie można być przeciwko jakieś partii politycznej ale to jeszcze nie oznacza, że od razu będzie się mordować zwolenników tej partii. I w przypadku bezpośredniego nawoływania do zbrodni mamy art 255 kodeksu karnego, który tego właśnie zabrania.


Odpowiedź na marzenie o powrocie w polityce... Tylko do czego?

Na jednym z forów została postawiona teza, marzenie o powrót do stanu polskiej polityki sprzed PiSu, czyli w domyśle sprzed 2015 roku. Oto moja odpowiedź.

Stanu sprzed PiS nie ma, a jeśli go gdzieś szukać to w latach 1993-1997.

Główną przeszkodą jest obecna konstytucja. Warto tu przypomnieć, dlaczego wygląda ona w taki a nie inny sposób. Została wprowadzona przez SLD w czasach, kiedy na prawicy na jednego polaka przypadały dwie partie i każdy ciągnął w swoją stronę. Generalnie wyniki wyborów z 1993 to trochę kawał, bo jak inaczej nazwać to, że największą partią w Sejmie po 50 latach komuny, w drugich całkowicie wolnych wyborów, została partia składająca się wtedy głównie z postkomunistów. Za to bardzo scentralizowanych komunistów. W wynikach z tych wyborów widać 33 komitety wyborcze, w tym 19 ogólnopolskich. Dla porównania w 2015 komitetów było 15, w tym 8 ogólnopolskich. Łącznie wszystkie partie poniżej progu wyborczego dostały w 1993 35.5% głosów, czyli więcej niż SLD i PSL (2 największe wtedy partie w Sejmie) razem wzięte!

Referendum konstytucyjne wtedy to też trochę kabaret. Prawica uznała, że nie pójdą głosować, żeby bez progu 50% frekwencji referendum było nieważne... Problem w tym, że nie było takiego progu. Do głosowania poszło 42.86% uprawnionych - mniej niż w jakichkolwiek wyborach parlamentarnych, a głosowanie było od tych zdecydowanie ważniejsze. W końcu SLD udało się już w 97 wymienić, a konstytucji do dziś nie. Mimo to ledwo zostało wygrane - stosunkiem 53.45% do 46.55% głosów. Łatwo można policzyć, że na "Tak", za obecną uważaną czasem za świętą i nienaruszalną konstytucją zagłosowało w 97 roku 22.76% uprawnionych polaków do głosowania. Czyli w zasadzie ówczesny elektorat SLD.

Można śmiało powiedzieć, że konstytucję napisali komuniści, aby ułatwić utworzenie monowładzy w nowo powstającym państwie polskim.

Co więcej, sami się zabezpieczyli przed takim samym problemem w przyszłości, zgodnie z obecną konstytucją referendum konstytucyjne musi mieć 50% frekwencji i uzyskać ponad 50% głosów na tak aby było ważne. Czyli zgodnie z obecną konstytucją obecna konstytucja byłaby nieważna.

Polacy w niej są pozbawieni de facto jakiegokolwiek wpływu na kształtowanie polityki. Pewnie, można wybrać między PO/KO a PiSem, natomiast próg wyborczy gwarantuje, że małe partie nigdy nie dostaną się do Sejmu, przez co bardzo ciężko rozkruszyć te dwa bloki. Od 2005 roku rządzi na zmianę PO albo PiS i nic nie zapowiada się, aby miało to się zmienić. Brak wiążących referendów, czy wpływu zbierania podpisów na cokolwiek. Do tego fakt, o którym mało kto pamiętał przed wypowiedziami Kukiza z poprzednich wyborów, a o którym ludzie znowu zapominają - nie głosuje się na człowieka, tylko na partie. Sam fakt tego, że niezależnie który numer z partii dostanie najwięcej głosów to i tak wchodzi numer 1 do sejmu, to przecież kawał z demokracji w najlepszej formie.

Osobiście nie widzę w tym momencie szansy na zmianę tego. Polska jest podzielona bardzo mocno na dwa obozy i obu obozom pasuje ten podział. Usunięcie progu wyborczego czy zmiana ordynacji wyborczej na coś bardziej bezpośredniego nie jest na rękę ani PiSowi ani PO, równocześnie tylko te dwie partie mają w tym momencie środki i poparcie umożliwiające im w ogóle realną walkę o władzę.