Ktoś musi być pionierem. Cokolwiek by się nie wydarzyło, to musi być jakaś pierwsza osoba, która zrobi to jako pierwsza. Nie jest to jakoś specjalnie odkrywcza teza. Jesteśmy pionierami.

Jest rok 2132. Ludzkość dotarła daleko, dużo dalej, niż jeszcze sto lat wcześniej mogła sobie wyobrazić. Osobiście jestem zbyt młody. Zbyt młody, żeby pamiętać te piękne lata: rok 2034 i pierwsze samodzielnie działające kolonie na Marsie… Piękne plany, kolejne planety. To zaskakujące jak dużo udało się osiągnąć mimo wojennej zawieruchy. Jeszcze w latach 30′ XX wieku Einstein twierdził, że niezależnie od tego, na co będzie III wojna, to IV będzie na patyki i kamienie. Nie sprawdziło się. Przyszła jedna wojna, i druga… czyli trzecia i czwarta, a nikt nie użył broni atomowej. Bo po co? Skażone tereny trudniej kontrolować, poza tym zwiększa się nagonka opinii publicznej… Natomiast ówcześni pionierzy nowych ziem już byli poza Ziemią. Na szczęście, i równocześnie nieszczęście. Początkowo wydawało się im, że oszukali przeznaczenie uciekając od bomb i pocisków. Jednak cięcia w budżetach i bardziej pilne problemy sprawiły, że nie udało się posłać wszystkiego, co potrzebowali w nowym miejscu.

A dobrze wiemy, jak długo jest w stanie przeżyć człowiek na innej planecie, nie mając jedzenie ni picia.

Wracając do nas.

Jesteśmy pionierami. Nie kolonizacji nowych planet, to się udało długo przed moimi narodzinami jeszcze w XXI wieku. Mając 34 lata jestem już doświadczonym Podróżnikiem. Odkrycie i rozwinięcie nowych typów silników w połowie ubiegłego wieku sprawiło, że podróż do naszej najbliżej kolonii na Marsie skróciła się z 4 lat do dwóch miesięcy. Wystarczająco krótki czas, aby móc przebyć tę trasę kilka razy w życiu. A nowe techniki mają pomóc jeszcze bardziej skrócić ten czas. Do kilku sekund…

Właśnie! Bo przecież jesteśmy pionierami!

Ale nie kolonizacji planet, to się udało długo przed naszymi narodzinami. Nawet nie pierwszych kontaktów z innymi rasami. Nagrania z pamiętnego 11 października 2068 roku do dziś wzbudzają dreszcze. Ziemianie – głosili zadziwiająco do nas podobni Obcy – Przybywamy w pokoju. Pozwólcie się pojednać. Obserwowali nas długo, tylko nie ujawniali się czekając, aż sami do pewnych wniosków dojdziemy. I słusznie. Bo errae humanum est. Człowiek skazany jest na popełnianie błędów! I tylko na takich przez nas popełnionych, najlepiej się uczymy. Zresztą, do dziś wielu rzeczy nie nauczyliśmy się. Chociaż Obcy pionierzy przybyli wymienić się wiedzą, to oficjalnych spotkań było ledwie parę. Zawsze pojawiali się nagle, i tak samo szybko znikali. Nie namierzeni przez radary, nie wykryci przez nikogo z Ziemi. Potrafili przerazić, tak jak to było w 2099, gdy nagle rakieta pojawiła się znikąd w trakcie transmisji meczu piłki nożnej…

Ale wracając do tematu – jesteśmy pionierami.

Nie byliśmy pierwsi na nowych planetach, nie pierwsi budowaliśmy miasta w nowych miejscach. Nie pierwsi rozmawialiśmy z innymi rasami, z tymi spoza naszego systemu gwiezdnego. Do wielu rzeczy nie udało nam się być pierwszymi. Zapewne niejeden żałował. I chociaż marzenia o byciu Kolumbem już dawno nierealne… to czy na pewno?

Bo jesteśmy pionierami podróży w czasie.

Albert Einstein przedstawiał swoją teorię względności jeszcze początkiem XX wieku. Okazywało się, że czas nie jest stały. Może biec raz szybciej raz wolniej, w zależności od zagięcia czasoprzestrzeni. Z tych rozważań można było dosyć łatwo teoretycznie udowodnić istnienie takich obiektów jak tunele czasoprzestrzenne. Równie łatwo można było teoretycznie wyliczyć potrzebną energię na sztuczne stworzenie takiego – co sprawiło, że równie szybko jak ta forma transportu zyskała na popularności – równie szybko straciła. Bo skąd wziąć tu energię porównywalną do tego, co wytwarza 80 słońc przez rok?

Rozważania oczywiście były prawdziwe, i jak każde prawdziwe rozważanie miały gdzieś lukę. W tym przypadku luką była stabilność czasowa. Szalone tezy niejakiego Izajasza Monachijskiego z połowy XXI wieku były jeszcze bardziej przełomowe, niż to, co robił sto pięćdziesiąt lat wcześniej Einstein. Stabilność czasowa, a właściwie jej niekonieczne istnienie, było czymś tak szalonym, że nie mogło działać. A jednak jesteśmy tu…

Rozważając podróże w czasie natrafiamy na problem zabójstwa ojca. Wszak gdybym cofnął się do czasów sprzed swojego poczęcia i zabił jednego z rodzicieli, to nie mógłbym się narodzić – więc nie mógłbym się cofnąć w czasie by zabić rodziciela, więc mógłbym się narodzić… co jest oczywiście wewnętrznie sprzeczne (…). Ów pozorny paradoks tak bardzo zawładnął umysłami uczonych, że do dziś ciężko im pokazać, że może być inaczej. Wszak to, co nazywamy cofaniem się w czasie, jest tylko pozorne. Dla osoby, która znalazła się, dajmy na to, pięćdziesiąt lat przed swoimi narodzinami, cały świat będzie słusznie uważał, że jest rok, dajmy na to, 2017. Oczywiście będą mieli rację! Czy to jednak oznacza, że jeśli bym w tym roku zabił swego ojca, to czy nie mógłbym się narodzić, więc nie mógłbym go zabić? Oczywiście, że nie! Co więcej, już po samym „cofnięciu się” w czasie, jestem w zupełnie innym miejscu*, niż to, w którym byłem, zanim podjąłem próbę cofania się. Akcja ta sprawiła, że teoretyczna oś czasowa całego świata pokazuje wartość mniejszą, niż jeszcze chwilę wcześniej. Ale nie moja. Moja idzie wciąż do przodu, bo tylko tam może

* miejsce – rozumiemy tutaj jako unikalną czasoprzestrzeń, rozróżniając czas na trzy wymiary, jak to jest udowodnione w Lemma de Tempo XXI s. 217 (przyp. aut.)

Tak więc jesteśmy tu – pionierami. Jako pierwsi korzystający z pięknego efektu niestabilności czasowej. Gdy cofniemy się o 10 lat, to nie będziemy w tym czasie co byliśmy tutaj 10 lat temu. W końcu w tym czasie, w którym żyliśmy do tej pory byliśmy tylko my, a nie my i nasze kopie. Cofając się sprawiamy, że czas idzie do przodu, nasz czas, natomiast czas otoczenia się zmienia. Rozbudowana dylatacja. Bardzo rozbudowana. Gdyż ta sprawia, że nagle znajdujemy się w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, do której przywykliśmy. Takim sposobem zapisywanie numerów totolotka, czy obstawień buchmacherskich nic nie pomoże, w końcu losowania wykonają się jeszcze raz, i wyniki będą inne niż wcześniej!

Przynajmniej w teorii.

Praktykę mieliśmy sprawdzić.

Spojrzałem na swoją ekipę. Trzech przedstawicieli rodzaju ludzkiego oraz jeden Ashakaain. Im, mimo zdobyczy technologicznych w przemieszczaniu się o całe galaktyki w mgnieniu oka, nie udało się okiełznać czasu. Była to piękna okazja, do sprawdzenia się w nowym świecie, i do podania wyciągniętej dłoni do innej rasy. Kolejny raz. Tym razem w końcu pozytywnie zaskakując.

Gdyby tylko wiedizeli, że to podróż w jedną stronę. Że nigdy nie dowiedzą się, czy się nam udało. Praktyka. tak różna od teorii.

Jesteśmy pionierami. Pierwszymi, którzy cofnęli się w czasie.

Na zegarze mamy 7 czerwca 1995. Co nam z tego przyjdzie? Czy uda się odmienić los?

Zobaczymy.

Ciąg dalszy nastąpi.