Stojąc na skraju lasu widziałam w oddali chatkę człowieka od koni. Tak nazywałam go sobie w głowie od rana. Łukasz… to znaczy Kaeyr niewiele mi o nim powiedział. Ma to być jego dobry przyjaciel. Poranek minął nam szybko. Trochę zbyt szybko, jeśli przypomnę sobie ostrzeżenia chłopaka stojącego obok, o niewygodach jakie miały nas wkrótce spotkać. Nie zrozumcie mnie źle – nie boję się ich. Po prostu lubię wygodne życie. Zresztą chyba jak każdy… W każdym razie aktualnie bardziej ciekawiło mnie, co się stanie, co zobaczymy… jak ten świat wygląda, kogo tu spotkam… Myśl o tym, jak wiele możliwości na mnie tu czeka nie wychodzi z mojej głowy.
– Napatrzyłaś się już? – usłyszałam głos obok siebie.
– Ładnie tu jest – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – To tam idziemy? – pokazałam domek stojący na środku polany.
– A widzisz tu jakiś inny? Ruszajmy.

Już po kilku minutach Kaeyr witał się serdecznie z Malcolmem. Tak przedstawił mi człowieka od koni. Starszy mężczyzna był dobrze zbudowany ale przeciętnego wzrostu. Siła i spokój biły od niego. Zauważyłam też, co zresztą nie było zbyt trudne, długą bliznę przecinającą jego twarz.
– Wejdźmy do środka – powiedział, zapewne nie bez trudu zdając sobie sprawę z tego, nad czym teraz myślałam. – Tam będzie się nam dobrze rozmawiało – otworzył drzwi do środka. Przed wejściem spojrzałam jeszcze w bok i zobaczyłam 2 kruczoczarne konie, przebiegające niedaleko chatki. Były piękne. I potężne. Emanowała z nich siła, byłam pewna, że bez problemu doprowadzą nas gdziekolwiek będziemy chcieli. Równocześnie miałam wrażenie pewnej mądrości, pewnego zrozumienia z ich strony. Dziwne uczucie.
Wnętrze było przytulne. Po drugiej stronie pomieszczenia, patrząc od drzwi, stał stół dookoła którego umieszczone były drewniane krzesła pokryte jakimś futrem. Pod oknem stała też ława, częściowo zarzucona różnymi rzeczami, od jakiegoś futra, przez pojedyncze książki, po jakiś pakunek. Nie było to jedyne miejsce, gdzie leżały książki. Po lewej stronie stało coś w rodzaju komody, gdzie oprócz zwykłych przedmiotów codziennego użytku, stało kilkanaście egzemplarzy. Przyjrzałam się zaciekawiona. Nie spodziewałam się znaleźć takich rzeczy w chatce człowieka mieszkającego pośrodku niczego!
– W większości to prezenty od Twojego chłopaka – usłyszałam głos mężczyzny. – Czasem przywiezie mi coś nowego… wiesz, zanim tu trafiłem miałem dosyć ciekawe życie. Pewnie, gdybym musiał tylko patrzeć na konie to już dawno bym zwariował…
– Najpierw trzeba Cię było nauczyć czytać – powiedział Kaeyr.
– Tak… osiłkowie bardzo rzadko mają tę umiejętność. Szczerze mówiąc nie znam żadnego… i pewnie gdybyś mnie nie wyciągnął spod katowskiego noża to nigdy bym tego nie potrafił.
– Oczywiście – Łukasz uśmiechnął się. – Zresztą pamiętasz, gdy Cię mają wieszać, poproś o szklankę wody. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, nim ją przyniosą.
Mężczyzna roześmiał się, po czym powiedział
– Widziałem, jak przyglądasz się mojej twarzy. Stamtąd skąd pochodzisz pewnie nie spotyka się na codzień takich okazów… – jego głos załamał się i spojrzał, jakby z wyczekiwaniem na chłopaka stojącego obok mnie.
– Oj, daj spokój, dziewczyna jest…
– …z jakiejś tam wsi, tak wiem, wiem, już gdzieś to słyszałem. Tylko, że ona nie zachowuje się, jak dziewczyna z jakiejś tam wsi. Spójrz na to, jak mówi, jak się porusza… przyjrzyj się jej skórze… Poza tym pierwsze, na co zwróciła uwagę to książki stojące pod ścianą.
– Ciekawska jest.
– Nie… To znaczy pewnie tak, chodzi mi o coś innego. Nauczyłeś mnie czytać, gdy miałem trzydzieści pięć lat, jednak nie byłem zwykłym, tępym osiłkiem. Oprócz umiejętności machania żelastwem, które wisi teraz nade mną, musiałem umieć rozpoznawać ludzi, rozszyfrowywać ich… wyłapywać fałszywych. Cóż, widać, byłem w tym wręcz zbyt dobry – roześmiał się, pokazując na bliznę. – Zaprowadź ją do większego miasta i spotkasz takich jak ja. Wtedy przyda się wam lepsza bajeczka – dokończył.
Przyglądałam się przedmiotowi wiszącemu nad Malcolmem. Był to długi miecz, nawet nie trzeba było go brać do ręki, żeby poczuć jego ciężar. Obok wisiały dwie czaszki… chyba ludzkie… do tego pomalowane na czerwono.
– Widzisz – ponownie usłyszałam głos mężczyzny. – Teraz zauważyła. Zwykła dziewczyna ze wsi szybciej rozpoznała by ten znak, niż podeszła do książek. Rozpoznajesz go? – spytał, a ja wyczułam nutkę groźby w jego głosie.
– Daj spokój… masz nas – przyznał się Kaeyr. – Ładnie to rozegrałeś. I weź pod uwagę, że gdybym cię nie znał tak długo, to po tym pewnie już leżałbyś z głową odłączoną od reszty ciała.
Mężczyzna się roześmiał.
– Gdybym nie wiedział, że tego nie zrobisz, to nigdy bym ci tego nie powiedział.
Poklepali się po ramionach.

Rozmawiali jeszcze trochę czasu, a potem Malcolm zaproponował obiad. Kaeyr chciał odmówić, ale silny mężczyzna już rozpalał ogień i stawiał na niego garniec, wkładając mięso i trochę warzyw.
– Będzie dobry gulasz – powiedział.
Nie miałam odwagi aby się odezwać. Ciągle czułam się… dziwnie zagrożona. Chciałam już wsiąść na konie i odjechać gdzieś daleko, poznawać dalej ten świat. Tymczasem drewno już przyjemnie trzaskało i niedługo potem w garnku zaczęło bulgotać.
– Dziewczyno, jak jest Ci na imię? – osiłek zwrócił się w końcu do mnie.
– Mar… Maelia.
Mężczyzna ponownie się roześmiał.
– Drugi raz dziś zdradziłaś, że nie jesteś tą, za kogo się podajesz. Musisz jeszcze potrenować – powiedział. – Martylla? Martianna? Mogłabyś pochodzić zza Wielkiego Morza… A może Marcolma? – uśmiechął się.
– Marta – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
– Niespotykane tutaj imię. Nigdy więcej go nie wymawiaj. Pamiętaj o tym – powiedział ostro. – Nigdy – popatrzył na Łukasza. – Skąd ją wytrzasnąłeś?
– Zadajesz zbyt dużo pytań – groźnie odpowiedział chłopak.
Na chwilę zapadła cisza zakłócona tylko trzaskiem płonącego drewna i bulgotaniem wody.
– No dobra, niech Ci będzie… nie spytam więcej o nią – odpowiedział ostrożnie Malcolm. – Zresztą, i tak siedzę tutaj na odludziu, nie niepokojony przez nikogo. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko i pojechać gdzieś daleko, pożyć chwilą i umrzeć w jakimś pojedynku…
– Nikt Cię tu nie trzyma…
– Oprócz Twoich koni!
– Dziś je weźmiemy… zresztą, sam tego chciałeś.
– Tak, tak, wiem, wiem… uważaj na to, o co prosisz, powiedziałeś… nawet nie wiesz, jak cierpkie potrafią być marzenia, gdy już się spełnią
– Tak mówiłem. A ty odparłeś, „daj mi konie! Konie!” krzyczałeś.
Roześmiali się. Nastrój zdecydowanie się poprawił.
– No dobra, jedzenie będzie za niedługo gotowe. Opowiem ci, jak to było z tą blizną – popatrzył na mnie. – Służyłem u dosyć dostojnego pana. Moim zadaniem, jak już ci mówiłem wcześniej, było nie tylko bronić go, ale też patrzeć na przybywających, obserwować. Zawsze byłem w pobliżu, zawsze słyszałem, o czym rozmawiali. Oprócz jednego, jedynego razu. Do mojego pana przyjechał bliski krewny. Zachowywał się bardzo dobrze, zresztą znali się ze sobą od dawna. Mieli przedyskutować, jedną bardzo ważną kwestię. Miało to być coś takiego, co nikt, absolutnie nikt oprócz nich nie mógł usłyszeć. Nawet główny ochroniarz. Zresztą pan nie widział potrzeby bronienia go przed kuzynem. Zostawili mnie na dole schodów a sami zamknęli się w komnacie na górze. Nie na długo. Wkrótce kuzyn wybiegł stamtąd. Przebiegając obok mnie uśmiechnął się ironicznie i szybko zniknął za rogiem. Wbiegłem na górę i zobaczyłem martwe ciało swojego pana. Natychmiast wybiegłem wezwać straże… ale one już były na dole. Za nimi stał właśnie tamten kuzyn. Jego wersja wydarzeń brzmiała lekko odmiennie od mojej. Miałem zabić swojego pana, a następnie chcieć dorwać też jego, na szczęście zdążył uciec i wezwać straże. Przyjrzałem się chłopcom w zbrojach i zauważyłem, że nie jest to nikt z naszych, tylko dwóch przybocznych właśnie tego kuzyna. Ładnie to sobie wykombinował. Wyciągnąłem miecz, krzycząc do niego, że nikt mu nie uwierzy, że znają mnie tu od lat, a on jest nowo przybyłym. Popatrzył z politowaniem i powiedział coś w stylu… Przecież twojego tłumaczenia nikt nie usłyszy. Zabić go.
Krótka pauza dała mi chwilę na przyjrzenie się smutnemu obliczu mężczyzny.
– Nie doceniłem ich – kontynuował. – Było ich dwóch na mnie jednego i atakowali zaskakująco szybko. To nie byli zwykli żołnierze. Z takimi poradziłbym sobie raz dwa. To byli najlepsi z najlepszych. Do dziś nie wiem, jakim cudem ich nie rozpoznałem. Miałem w głowie twarze każdego lepszego szermierza. Ich nie znałem… Atakowali ciągle od przodu, w pewnym momencie jeden z nich odskoczył w bok, aby mnie otoczyć. To był jego jedyny błąd, gdyż zdążyłem umieścić swój miecz w jego boku. Niestety zajęło mi to chwilę zbyt długo i nie zdążyłem się odwrócić, a tylko odskoczyłem do tyłu. Nie wystarczająco szybko. Czubek ostrza napastnika przebył niemałą drogę po mojej twarzy – zaznaczył drogę na bliźnie. – Brzęki stali musieli usłyszeć inni wartownicy. Broniłem się jeszcze mimo zalewającej moją twarz krwi, gdy go dopadli. Był dobry, ale każdy szermierz dupa, kiedy wrogów kupa – uśmiechnął się. – Poskładali mnie do kupy i kilka dni później odbył się sąd. Niestety dla mnie, niepomyślny… słowa osiłka przeciwko wielkiemu panu zawsze będą niewiele warte…
– I mniej więcej wtedy pojawiam się ja – wtrącił się Kaeyr.
– Tak… Ciebie też nie znałem nigdy wcześniej. Zresztą, nikt Cię tam nie znał. Mimo to stanąłeś w swoich pięknych czarnych szatach, z czerwonymi zdobieniami. Pamiętam to jak dziś. Powiedziałeś, że wyrok w takiej sprawie nie może zostać wydany od razu. Że słowa obu są wiarygodne i trzeba się dobrze zastanowić, kogo ściąć, a kogo uwolnić. Swoją drogą ciekawi mnie, ile osób zauważyło ten drobny ironiczny gest, gdy mówiąc „ściąć” pokazałeś na kuzyna, a „uwolnić” na mnie. Cóż, miałeś trochę racji, bo w końcu to ja byłem w celi, a on siedział w pełnych wygodach pałacu…
– A w nocy… – zasugerował po chwili milczenia chłopak
– Tak, tak… a w nocy mnie uwolniłeś. Nie mam pojęcia jakim cudem. Serio. Umieścili mnie w najlepiej strzeżonym więzieniu… wiem, bo sam wybierałem ludzi do niego. A Ty mimo to wszedłeś sobie tam, jakby nigdy nic, i wyszedłeś stamtąd, ciągnąc mnie poza wzrokiem strażników przez nieznane mi korytarze. Skąd Ty je znałeś? Służyłem tam przez wiele lat i nie miałem pojęcia o ich istnieniu… zresztą chyba nikt nie miał… nadal nie ma.
– Opowiem ci o tym jeszcze kiedyś – Kaeyr uśmiechnął się. – No, ale jak będziemy tak siedzieć i gadać to nigdzie nie zajedziemy a czując po zapachu, gulasz gotowy.
Malcolm też się lekko uśmiechnął.

Obiad był wyjątkowo dobry. Może nie najlepszy w moim życiu, ale mięso było… inne. Bardzo dobre. Pewnie dlatego, że zapewne był to jakiś zwierz upolowany w lesie, a nie hodowany na ludzkich odpadach i faszerowany antybiotykami. Zaraz po obiedzie Malcolm zaprowadził nas do stajni z tyłu budynku. Było to tylko kilka boksów, każdy stał pusty. Powiedział mi, że na codzień konie pasą się na okolicznych polanach.
– Wyjątkowo inteligentne stworzenia mi przyprowadziłeś – powiedział Kaeyrowi. – Nie budowałem żadnych płotów, zagród, a przez ten cały czas jeszcze nigdy żaden nie uciekł.
Zagwizdał dwie krótkie melodie i czarne konie przybiegły do niego.
– Dobre zwierzęta. Będzie mi ich brakować.
– Masz jeszcze inne.
Malcolm spojrzał na pasące się w oddali stadko.
– Te są najlepsze – odrzekł smutno. – No i dlatego Ci je daje.
Odwrócił się i poszedł na tył stajni. Podeszłam do jednego z koni i poklepałam lekko po szyi. Skłonił się lekko a ja uśmiechnęłam się. W tym czasie mężczyzna przyniósł siodła i zaczął je umieszczać na grzbietach. Były solidnie wykonane, przyglądając się z bliska widać było staranność wykonania szwów. Liczne kieszenie mogły pomieścić wiele drobnych rzeczy. Równocześnie wydawało się dosyć wygodne, a mimo to z odległości kilku kroków wyglądało… zwyczajnie. Widać było, że ktoś przyłożył się do projektu. Zapewne przejeżdżając przez wsie będziemy wyglądać na zwykłych podróżnych a mimo to nie stracimy nic z wygody jaką możemy mieć. Nie mogłam się doczekać, żeby wsiąść i już gdzieś pojechać.. Tymczasem odwróciłam się i grzecznie uśmiechnęłam do mężczyzny.
– Dziękuję – powiedziałam.
– Nie musisz dziękować. Ciągle jestem dłużnikiem twojego chłopaka – skłonił się lekko głową.
– To nie jest mój chłopak – odpowiedziałam odruchowo. Słysząc to, machnął tylko ręką.
– Bywaj, przyjacielu – powiedział do Kaeyra. – Niech wiatr wieje wam zawsze w plecy i niech droga zawsze równą będzie.
– Dzięki, przyjacielu – odpowiedział. – Żyj spokojnie. Niech wiatr niepokojów nigdy tu nie zawieje.
– Czasem troszkę mógłby powiać – zaśmiał się mężczyzna. – Wiesz, chciałbym trochę pomachać żelastwem.
– Jeszcze kiedyś się wybierzemy gdzieś daleko.
– Może tak, może nie… wkrótce będę stary, wtedy już nigdzie nie zajedziemy… ale nie zatrzymuję was. Bierz swoją tajemniczą pannę i jedźcie tam, gdzie macie jechać.
– Trzymaj się zdrów.
– Do widzenia – powiedziałam wsiadając na siodło. Rzeczywiście było wyjątkowo wygodne.

Słońce stało wysoko na niebie, gdy wyjeżdżaliśmy. Niedługo zajęło nam dotarcie do traktu. Wystarczyło przejechać kilka pagórków i na ostatnim zobaczyliśmy w oddali dobrą drogę. Z daleka nie było widać ani jednej żywej duszy na niej.
– A więc zaczęła się nasza podróż – uśmiechnął się Kaeyr. – Będzie Ci się podobać – dodał.
– Wiem – odpowiedziałam.

Koniec części piątej.