Nie skończyłem jeszcze całej swojej edukacji, w końcu ciągle studiuje, w każdym razie po tych kilkunastu latach, które minęły od początku mojej przygody z nauką, mogę wiele o niej powiedzieć. Chcę przede wszystkim zwrócić uwagę na to, co w niej nie działa. Wytknąć problemy. Czasem wydają się one oczywiste, czasem niekoniecznie. Jedno jest pewne – jest ich dużo. Zbyt dużo.

Szczególnie wiele problemów widzę po ostatniej reformie. Ja na szczęście byłem jeszcze jednym z roczników z starej nowej, czy tam nowej starej matury. Chodzi przede wszystkim o zmiany w maturze ustnej z języka polskiego. Od niego zacznę.

1. Język polski

Przedmiot ten powinien przygotowywać młodego człowieka do życia, tłumacząc mu zawiłości naszego języka. Od gramatyki, po dzieła literackie. Uczeń po ukończeniu edukacji powinien umieć posługiwać się językiem płynnie, zarówno w mowie i piśmie. Zachęcony znajomością dzieł literackich powinien chcieć czytać kolejne książki. Rozwijać się. Wzbogacać słownictwo. Umieć napisać więcej, niż kilkadziesiąt znaków w SMSie albo pojedynczym Tweecie.

Niestety tak nie jest.

O ile pierwsze lata nauki są okey – uczymy się podstaw gramatyki, żeby używać język bez większych błędów, to potem jest coraz gorzej. W szczególności im bliżej matury.
Dochodzimy tutaj do większego problemu, jaki ma system nauczania. Ucznia każe się za pomysłowość. W końcu na maturze nie liczy się to, co ty myślisz o danym dziele, tylko to, jak bardzo będziesz potrafił się wstrzelić w klucz. Wiele osób w ostatniej klasie nie uczy się interpretować utworów. Wyciągać z nich wniosków. Znajdować ukryte przesłania.
Nie.
Uczą się, żeby myśleć tak, jak chcą ludzie, którzy układają maturę. W końcu punkty na maturze dostajesz nie za to, jak pięknie coś zinterpretowałeś, tylko za to, jak dobrze wstrzeliłeś się w klucz.
Tym samym nie wychowuje się człowieka myślącego, tylko ślepo podążającego za tym, co powiedzą „ci na górze”. Dla nich zyski są oczywiste – mają miliony ludzi, którzy nie potrafią podejmować własnych decyzji. Nie potrafią interpretować tego, co się dzieje na codzień. Nie potrafią wyciągać wniosków. Którzy potrzebują przewodnika, kogoś, kto im powie: „rób to i to a będzie dobrze”. Wspaniała baza do manipulacji masami.

Drugi problem z językiem polskim są lektury. Są one dobrane fatalnie. Beznadziejnie.
Naprawdę, uważam, ze 90% lektur mogłoby być wykreślone ze spisu i dałoby to tylko pożytek.
Przyznam się szczerze, że nie przeczytałem większości z obowiązkowych książek, a mimo to pozdawałem maturę na ponad 80%. Nie przeczytałem ich, a mimo to czytam po 30-50 książek rocznie.
Z drugiej strony znam osoby, które przeczytały wszystkie książki, które im kazano. Zdały maturę gorzej ode mnie. Ile czytają książek rocznie? Nie odpowiem na to pytanie, nigdy ich nie pytałem.
Problem jest gdzie indziej – z ludźmi, którzy nie przeczytali lektur, ponieważ te, które im kazano czytać były zbyt ciężkie. Zniechęciły ich. Sprawiły, że nie chcą już czytać niczego. Gdy widzą tekst dłuższy niż kilkanaście linijek to olewają go. Ignorują. W jednoznaczny sposób długi tekst kojarzy się im automatycznie źle.
Statystycznie polak czyta 1 książkę rocznie.
Skoro ja czytam 30-50, to znaczy, że istnieje 30-50 ludzi, które rocznie nie przeczyta ani jednej.

Nie chcę tutaj mówić, że wszystkie lektury są złe. Z całego serca każdemu mogę polecić Orwella. „Folwark zwierzęcy”, wraz z własnym przemyśleniem tej książki powinien być podstawą dla każdego człowieka. Absolutnym minimum. Nie tylko przeczytanie, ale też samodzielne zinterpretowanie. Chyba to jest najważniejsze w tym: samodzielność. Tego szkoła nie uczy.
Uczą nas, że mamy myśleć tak, jak oni chcą. Interpretować zgodnie z kluczem. Który oni wymyślają. Myślisz inaczej? To źle. Popełniasz coś w rodzaju „myślozbrodni”.
Przy okazji, jeśli tego jeszcze nie zrobiłeś – przeczytał zarówno „Rok 1984” Orwella, jak i „Nowy, wspaniały świat” Huxleya. Najlepiej obie w krótkim odstępie czasu.
A potem porównaj. Samodzielnie.

Ostatni zarzut, który mam wobec tego przedmiotu, to sprawienie, że człowiek po kilkunastu latach nauki nie jest w stanie napisać opracowania na maturze pisemnej. Nie pamiętam, o której lekturze pisałem. Pamiętam za to, że nie miałem zielonego pojęcia o co w niej chodziło. Miałem za to przed sobą spory fragment, w którym miałem wszystko co mi było potrzebne, aby napisać tą pracę na te 70%. Nie uważam się za wielkiego geniusza i twierdzę, że każdy jeden jest w stanie to zrobić.
Niestety wiele osób nie chce. Zwyczajnie nie chce. Mają w sobie wewnętrzne przekonanie, że z jakiegoś powodu się nie uda.

„Myśl, że ci się uda, myśl, że ci się nie uda – w obu przypadkach będziesz miał racja” ~ Henry Ford

Przekonania mają bardzo duże znaczenie w naszym życiu, ale to temat na zupełnie co innego (dla zainteresowanych polecam zapoznać się z NLP).

2. Historia

Nie jestem sobie w stanie wyobrazić bardziej zniszczonej szansy na poruszenie człowieka do myślenia, niż to, w jaki sposób prowadzona jest historia.

Kto nie zna historii jest skazany na jej powtarzanie. To zdanie powinno być wpojone każdemu, w końcu historia kołem się toczy. Niestety podejście do tego jest fatalne. Podejście do nauki historii jest jedno: musicie wkuć ileś tam dat, nazwisk, wydarzeń… tak, jakby sama znajomość tych setek dat, nazwisk i wydarzeń coś zmieniła. Co mi da wiedza o tym, że w 476 r. n.e. upadło Imperium Rzymskie, jeśli nie będę wiedział, co się stało, że ono upadło i jak temu zapobiec w przyszłości. O ile nauka dat jest prowadzona w sposób niemalże doskonały – gdy w późniejszych etapach nauki pomylisz się o 1 dzień, to przepadłeś. Czasem uczy się też o przyczynach. Z rzadka jest wtrącone, co tak właściwie się stało, że przebieg wydarzeń był taki a nie inny.
Praktycznie nie spotkałem się w mojej karierze edukacyjnej z najważniejszą częścią – co robić, aby ta historia się nie powtórzyła.
Moim zdaniem nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy upadek Imperium był w 476, 480, czy 420. To czy będę wiedział dokładną datę nie zmieni absolutnie niczego w moim życiu, tak samo jak znajomość dat narodzin i śmierci wszystkich władców imperium, czy królów polski. Bo po co mi wiedzieć, jaka była dokładna data upadku, skoro nie wiem co mógłbym zrobić, aby nie upadło?
Nauka historii nie powinna wpajać w mózgi uczniów setek niepotrzebnych im w życiu dat. To nie prowadzi absolutnie do niczego, a jedynie do zbędnego zaśmiecenia umysłu.
Nauka historii powinna przede wszystkim pokazywać wydarzenia, które się wydarzyły, oraz uczyć myślenia. W sposób najprostszy z możliwych: zadając uczniowi pytanie: co zrobiłbyś, żeby dane wydarzenie się nie wydarzyło? Gdybyś mógł mu zapobiec, jakie środki byś podjął?

Więc zadam ci kilka pytań, jeśli nie jesteś w stanie wymyślić realistycznie możliwej w danym czasie odpowiedzi w mniej niż 30 sekund, to znaczy, że nie zostałeś nauczony historii.

  1. Co zrobiłbyś, aby Cesarstwo Rzymskie nie upadło?
  2. Co zmieniłbyś, aby Polska nie była poddana rozbiorom w XVIII wieku?
  3. Jaką decyzję podjąłbyś przed II wojną światową, aby Polska jej nie przegrała?
  4. Co zmieniłbyś w historii Polski powojennej, aby dziś Polska była najsilniejszą gospodarką w Europie?
  5. Jaką jedną decyzje podąłbyś w innym okresie historii Polski niż wymienione powyżej, aby Polska była dziś imperium?

3. Geografia

Gdzie znajduje się Buenos Aires? Stolicą jakiego państwa jest Tel Aviv? Co to Bejing?

Nie są to pytania szczególnie trudne, w końcu pytam o jedne z większych i najbardziej znanych państw na świecie. Odpowiedzi to kolejno: Argentyna, Izrael, Pekin. Pewnie większość ludzi bez problemu odpowie na przynajmniej dwa z powyższych. A jeśli zapytam: jaki surowiec jest wydobywany w Bochnii? Jaka jest największa wyżyna w Brazylii? Jakim pieniądzem płaci się w Indiach?
Jeśli nie masz tego akurat na geografii to jest 90% szansa, że tego nie wiesz. Nie martw się, bo ja też bym pewnie nie wiedział, gdybym przed chwilą nie sprawdził w internecie. Właśnie: internet. Słowo klucz. Ludzie, którzy tworzyli podstawę programową przeoczyli fakt, że przeciętny człowiek ma przy sobie dostęp do całej wiedzy ludzkości w przeciągu kilku sekund. Wiedza o tym, jaka rzek płynie przez Burkina Faso być może byłaby mi do czegoś przydatna, gdybym się tam wybierał, a traktuję ją bardziej w kategoriach ciekawostek.
Nauka geografii jest przeładowana niepotrzebnymi informacjami.
Naprawde, internet jest czymś tak oczywistym, że takie rzeczy można sobie w każdym momencie sprawdzić. Wiele osób podniesie od razu lament: „łolaboga, a co się stanie jak internetu zabraknie, nie sprawdzisz sobie tego”. Prawda, nie sprawdzę. Myślę jednak, że w sytuacji, gdy nastąpi globalny kryzys, jakaś wojna albo apokalipsa, albo cokolwiek innego co sprawi, ze z dnia na dzień dostęp do internetu zniknie, to będziemy mieli większe problemy w życiu niż to, że nie wiem, jaka jest 20 lewa odnoga Wisły. Pewnie, że być może mi się to kiedyś przyda. Np. jak będę nad tą rzeką i będę chciał dostać się do większego miasta to będę wiedział w którą stronę iść.
Równie dobrze mogę powiedzieć: naucz się języka starożytnych egipcjan, bo być może znajdziesz się kiedyś zamknięty w piramidzie a odczytując hieroglify odkryjesz tajne wyjście z nich.

O ile w przypadku poprzednich przedmiotów mówiłem o ich rozszerzeniu o brakujace rzeczy, tutaj jednoznacznie muszę powiedzieć: rzeczy jest zbyt dużo. W wiedzy geograficznej oprócz znajomości kontynentów, większych państw, wraz z większymi miastami i może takich informacji, jak „co to znaczy, że wiatr wieje z południowego wschodu”, to niewiele więcej jest tak naprawdę potrzebne. Lepiej czas zmarnowany na uczenie sie kompletnie nie przydatnych rzeczy przeznaczyć na naukę czegoś co nas interesuje.

I tutaj dochodzimy do kolejnego dużego problemu w systemie nauczania.

Zamiast uczyć ludzi tego, co oni chcą się uczyć, uczymy ich tego, co my uważamy, że powinni umieć. W taki sposób w większości przypadków nie osiągamy absolutnie niczego, bo ani uczeń się tego nie nauczył, ani nie zechciał uczyć. Jedyne czym możemy się poszczczycić, to to, że zniechęciliśmy go do nauki w ogóle. Znam wiele osób, które w miare przebywania kolejnych lat w szkole, coraz mniej chciały się uczyć czegokolwiek, a ich ambicje spadały na łeb na szyje. Głównie z powodu zmuszania ich do wkuwania na pamięć informacji, co do których nie czuli absolutnie żadnego sensu, żeby je zapamiętywać. Zasada 3xZ: zakuj, zdaj, zapomnij.
Przyznam się szczerze, że sam to robiłem i nie czuje się z tego powodu jakoś bardzo źle, w końcu przez większość przedmiotów do końca liceum trzeba było po prostu przebrnąć, bo innej rady nie było, a to, czego naprawdę chciałem się uczyć, mogę dopiero na studiach.
No nie do końca ale to już kompletnie inna historia.

4. Języki obce

Nauka języków obcych jest tak fatalnie beznadziejna, że aż szkoda mi czasu, żeby wytykać wszystkie jej błędy. O ile język angielski jeszcze jakoś w miarę jest uczony – w końcu uczniowie chcą się go uczyć, bo bez angielskiego nic nie osiągniesz (mówmy szczerze: angielski w tych czasach to podstawa), to w większości przypadków oprócz niego niewiele osób uczy się innego języka.

Przede wszystkim ludzie z jakiegoś powodu boją się uczyć języka. Jest to dla mnie niezrozumiałe. Nauka naprawdę nie jest jakimś bardzo niebezpiecznym zajęciem i w najgorszym razie po prostu się niczego nie nauczysz. W najlepszym będziesz umiał nowy język.

Naprawdę nie ma tutaj żadnego usprawiedliwienia dla ludzi, którzy nie umieją chociaż jednego języka obcego. W tych czasach to naprawdę podstawa.

Poza tym jest ogromnie większa ilość książek po angielsku niż po polsku. Chociażby świetna książka, właśnie o tym, jak się efektywnie uczyć języków, napisana przez Benniego Lewisa, pt: „Fluent in 3 Months: How Anyone at Any Age Can Learn to Speak Any Language from Anywhere in the World”.

Naprawdę polecam. Wszystko co mam do powiedzenia o nauce języków znajdziesz w pierwszych rozdziałach, tej krótkiej książki. Gdybym miał coś więcej powiedzieć, to w zasadzie musiałbym wszystko stamtąd przekopiować, a to mi niespecjalnie wolno zrobić.

Na koniec dodam jedno: nie bój się uczyć!