Dlaczego ja to powiedziałam?! Zdziwiona pytałam samą siebie. To przecież niemoralne… nawet nie jesteśmy parą. Nawet mi się nie podoba…
– Ale pamiętaj, bez żadnych podtekstów! – powiedziałam. – Chociaż chyba lepiej, jeśli dzisiaj wrócę do siebie… wiesz, tak chyba będzie najlepiej – dodałam i zarumieniona wybiegłam z mieszkania.
Ochłonęłam dopiero po chwili, będąc już w drodze na przystanek. Zatrzymałam się i złapałam za głowę. Co się ze mną dzieje?! Zupełnie nie wiedziałam, dlaczego tak zareagowałam… przecież on zupełnie nie był w moim typie. W ogóle. Nie podobał mi się. Nie. Zdecydowanie.
Moje rozmyślenia przerwał właśnie Łukasz podbiegając do mnie.
– Hej, co jest? – powiedział. – Wybiegłaś tak nagle… nawet telefonu zapomniałaś…
Rzeczywiście! Jak mogłam być tak roztargniona… taka… brakowało mi dobrego słowa na określenie tego stanu…
– Słuchasz mnie w ogóle? – przerwał moje rozważania.
– Tak, pewnie.. przepraszam, wiesz to… przepraszam noo. Ale chyba naprawdę będzie lepiej jak już pojadę.
– To szkoda… – wyraźnie posmutniał. – Jeśli będziesz chciała jeszcze kiedyś wpaść, to zapraszam.
– Pewnie… to pa – powiedziałam, próbując się uśmiechnąć, odwróciłam się i poszłam w kierunku przystanku tramwajowego.
Co jest ze mną… myślałam jeszcze przez chwilę.


Dzień minął Łukaszowi nijak. Nie potrafił zebrać myśli. Z jednej strony cieszył się, że się udało, z drugiej był zdziwiony zachowaniem dziewczyny. Nie zachowywała się w taki sposób nigdy wcześniej. Następnego dnia miał wrażenie, że lekko go unikała. Nie do końca wprost, ale było widać pewną zmianę. Nie był do końca przekonany, o co jej dokładnie chodzi. Nie potrafił zrozumieć, czego ona chciała. Nie zamienili więcej niż kilku słów przez cały dzień. Zajęcia przeminęły i powoli zaczynał się weekend, kiedy skierował się w stronę swojego domu. Było pochmurnie i wiedział, że jeśli nie dzisiaj, to najpóźniej jutro będzie padało. Rzeczywiście tak było, gdy obudził się następnego ranka zobaczył, że za oknem dosyć mocno pada. Poprzedniego wieczoru nie zrobił nic kreatywnego, po prostu posiedział, posłuchał muzyki, pomyślał trochę. Położył się wcześniej spać, dziewczyna się nie odzywała. Tym bardziej zdziwił go dzwonek do drzwi i stojąca za nimi przemoczona Marta.
– Cześć – powiedziała. – Co tam słychać? – uśmiechnęła się lekko, chociaż wyraźnie pogoda popsuła jej nastrój. Bez czekania na odpowiedź przekroczyła próg. Chłopak przyjrzał się jej jak zdejmowała sportową kurtkę przeciwdeszczową. Miała na sobie jeansy oraz czarną bluzę. Popatrzyła na niego podkrążonymi oczami, wyglądała na wyraźnie zasmuconą.
– Zrobię ci herbatę, bo jeszcze się pochorujesz – powiedział. – Coś taka smutna?
– Ta pogoda i w ogóle… nie mogłam dzisiaj zasnąć.
Słysząc ostatnie zdanie chłopak zatrzymał się w pół kroku. Przypomniało mu się jego pierwsze spotkanie z wchodzeniem w te transy. Bardzo szybko chciał coraz więcej i częściej… czyżby ją spotkało to samo?
– Coś się stało? – zapytał i ruszył dalej do kuchni. Pomieszczenie nie było wielkie, po lewej stronie od wejścia przez całą długość znajdował się blat, w którym był zlew oraz kuchenka. Na końcu stała lodówka. Po prawej stronie znajdował się mały stolik i dwa krzesła.
– Właśnie problem w tym, że nie… po prostu czułam, że potrzebuję tu przyjść… Chcę spróbować jeszcze raz – powiedziała zdecydowanie.
– Domyśliłem się – odparł.
– Dlatego przyszłam tak wcześnie -dodała szybko. Łukasz popatrzył na wiszący na ścianie zegar – było krótko po 10.
– Rozumiem.
Stali chwilę w milczeniu, które przerwała dopiero gotująca się woda.
– Po prostu nie chciałabym ci niepotrzebnie zajmować łóżka, jakbym znowu tak zasnęła.
– Ale naprawdę nic się nie stało. Napij się – podał jej szklankę z zaparzoną herbatą. – Rozgrzejesz się trochę i możemy zaczynać.
– Dzięki – uśmiechnęła się.

Kilka minut później siedziała już na fotelu w jego pokoju. Zamknęła oczy i zaczęła oczyszczać myśli, zanim jeszcze do niej podszedł. Widać było drobne zniecierpliwienie i oczekiwanie na jej twarzy. Łukasz wziął głębszy oddech i dotknął jej skroni. Po chwili świat zawirował


 

Tym razem czułam się zdecydowanie lepiej. Początkowa jasność nadal oślepiała, jednak zawroty w głowie nie były aż tak silne.
– Spróbuj wstać – usłyszałam jego głos. Spróbowałam posłuchać. Mięśnie początkowo nie chciały mnie słuchać, jednak szło mi zdecydowanie lepiej niż za pierwszym razem. – Spokojnie, spokojnie, nie przemęczaj się – powiedział. – Naprawdę minie jeszcze sporo czasu zanim będziesz w stanie się tutaj poruszać. Zamknij oczy, wezmę cię gdzieś, gdzie będzie zdecydowanie ładniej.
Posłuchałam i po chwili świat znowu wirował. Poczułam, że siedzę na czymś sypkim. Twarz ogrzewało mi słońce. Usłyszałam plusk fal i otworzyłam oczy. Znajdowałam się na plaży, patrzyłam na spokojne morze. Słońce znajdowało się lekko z lewej strony, ale było jeszcze dosyć wysoko, chociaż po jego pozycji można było wywnioskować, że jest już popołudnie. Plaża ciągnęła się aż po horyzont w lewo i w prawo. Odwróciłam się i zobaczyłam, ze Łukasz stoi kilka metrów za mną, na wydmie i wpatruje się w morze. Widać było, że o czymś myśli, że coś… wspomina. Za nim widać było kilka drzew, pewnie dalej znajdywał się las, chociaż nie było go widać przez zasłaniające widok wydmy. Popatrzyłam na niego jeszcze raz, miał na sobie spodenki za kolana w żółto-brązowe plamy oraz jasną, beżową koszulkę. Dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, że nie mam na sobie swoich spodni i bluzy, a jestem ubrana w strój kąpielowy i przepasana jasno czerwoną chustą ozdobioną jakimiś kwiatami. Podeszłam do niego. Pierwsze kroki szły mi dosyć sztywno, ale szło mi coraz lepiej. Trochę kręciło się jeszcze w głowie, ale było bez porównania lepiej, niż ostatnio.
– W tym świecie spędziłem chyba najwięcej czasu – powiedział. – Bardzo polubiłem ludzi, które tu zamieszkują… i nie tylko ludzi. Zresztą sama się przekonasz – uśmiechnął się. Stanęłam obok niego i popatrzyłam, co znajduje się za wydmą. Tak jak sądziłam, był tam las, chociaż oddzielał nas od niego kilkunastometrowy pas krzaków i pojedynczych drzew. Spojrzałam w lewo i zobaczyłam, że daleko na horyzoncie znajdują się góry. Trochę po prawej zobaczyłam ścieżkę biegnącą w głąb lasu.
– Wcale nie jest taki duży, jak się wydaję – usłyszałam znowu jego głos. – W kilka minut znajdziemy kogoś, chcesz?
Szczerze mówiąc nie byłam już tego taka pewna. Co innego być w tym świecie, podziwiać przyrodę, piękno, móc beztrosko odpocząć, a co innego poznawać ludzi, którzy nawet nie istnieją w rzeczywistości. Chyba zaczynałam powoli rozumieć, dlaczego był taki zamyślony. Ciekawe kim była tamta dziewczyna… Czyżbym się robiła zazdrosna? Niemożliwe.
– Nie musisz się bać – uśmiechnął się. – Ze mną nic ci nie grozi.
Nie wątpiłam w to, w końcu to jego świat, więc pewnie nic się nie mogło stać. Chociaż ciekawiła mnie jedna rzecz
– A… – język początkowo był trochę zdrętwiały i musiałam kilka razy się skupić, żeby coś powiedzieć. – A… a co się stanie, jak tutaj umrę?
Uśmiechnął się lekko.
– Nie jest to zbyt przyjemne uczucie, ale generalnie się budzisz. Nie polecam zbyt mocno. Kilka dni masz potem problem się skupić…
– Wiele razy umierałeś? – przerwałam mu w pół zdania. Popatrzył tylko na mnie smutno i lekko się uśmiechnął. Następnie odwrócił i zaczął iść powoli w kierunku ścieżki.
– Chodź lepiej – rzucił do mnie.
Ruszyłam za nim, zrównując z nim swój krok po chwili. Doszliśmy do ścieżki, odwrócił się do mnie, podając mi coś.
– Masz tutaj buty. Po lesie mimo wszystko lepiej się chodzi w tym niż na boso.
W rękach miał sandały, chociaż nie zwróciłam wcześniej uwagi, żeby coś w nich trzymał. No ale w końcu to jego wymyślony świat, pewnie wiele rzeczy może zmieniać. Ubrałam je na nogi i weszliśmy na ścieżkę. Była wąska, więc musieliśmy iść gęsiego, bo chociaż las nie był zbyt gęsty, to nieprzyjemnie się szło, gdy krzaki po bokach dotykały nagiej skóry na nogach. Po jakichś dwóch minutach drzewa mocniej się rozrzedziły, znajdowaliśmy się na polanie, przed nami było niewielkie wzniesienie. Szłam teraz obok niego pod górę.
– Ładnie tu – powiedziałam.
– Dzięki – odpowiedział. – Tylko nie przestrasz się jak wyjdziemy na górę. Mieszka tam ktoś… o specyficznej aparycji, za to bardzo miły.
Zaciekawił mnie tym, chociaż jak na złość poczułam lekkie uczucie strachu. Po chwili byliśmy już na szczycie, po drugiej stronie, kilka metrów poniżej znajdowała się okrągła chata zbudowana z kamieni. Dach był pokryty drewnianą strzechą. Z komina wydobywała się stróżka dymu.
– Zanim pójdziemy dalej… musimy lekko zmienić nasz wygląd. W takich strojach nie pasujemy tu – powiedział. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się. – Będzie ci pasowała czarna suknia z lekkim dekoltem i białymi falbankami, co ty na to?
– Brzmi świetnie – odparłam.
– Zamknij na chwilę oczy.
Poczułam lekkie drganie. Otworzyłam oczy. Na sobie miałam długą czarną suknie bez rękawków. Spojrzałam na Łukasza i ze zdziwienia aż westchnęłam. Miał na sobie luźne, długie spodnie, nie potrafiłam dokładnie określić z jakiego materiału. Na nogach dobrze wykonane, skórzane buty i czarną, skórzaną kurtkę. Zza pleców wystawała mu klinga miecza, zauważyłam też sztylety przy obu bokach. Wyglądał groźnie. Uśmiechnął się do mnie i powiedział:
– Pamiętaj, że nazywam się Kaeyr. Pod tym imieniem mnie tutaj znają. Ty możesz używać dowolnego, tylko bądź w tym konsekwentna. Jak kogoś spotkamy to powiemy, że jesteś z jakiejś bardzo odległej krainy. Może to lekko zdziwić, ale spokojnie. Poza tym pamiętaj, że jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi… nie spodziewaj się, że będę ci wyciągać z rękawa buty jak na plaży – uśmiechnął się mocniej. – A poza tym to rób co chcesz. Wiesz, życie to fabularny sandbox, możesz robić co chcesz. A tego świata i tak mocniej nie zepsujesz – dodał, po czym uśmiech znikł z jego twarzy. – Chodźmy.
Zdziwiło mnie to, co mówił. Wychodziło na to, że spędził tu naprawdę wiele czasu. I naprawdę wiele musiało się zdarzyć, a przecież nie mógł być tutaj bardzo długo, bo przecież musiał chodzić do szkoły… ktoś by zauważył dłuższe nieobecności. Rozmyślenia przerwało mi pukanie w drzwi. Były zdecydowanie wyższe od Łukasza, a on nie był niską osobą. Po chwili się otworzyły i w tym momencie zrozumiałam o co mu chodziło, gdy mówił, żebym się nie przeraziła. Było to dosyć trudne – za drzwiami stał olbrzym. Miał grubo ponad dwa metry, zarówno na wysokość, jak i na szerokość, i nie chodzi o to, że był tak gruby, chociaż z powodu braku koszuli widać było spory brzuszek. Po prostu był mocno barczysty. I bardzo mocno umięśniony. Łukasz wydawał się przy nim mały, a ja czułam się jak drobinka. Chłopak podszedł do niego i mocno uścisnął.
– Kopę lat – powiedział. Twarz olbrzyma, okrągła i zdecydowanie nie należąca do przystojnych, uśmiechnęła się.
– Kaeyr! – odpowiedział. – Dobrze widzieć! – dodał, spoglądając na mnie.
– Oto Minbruk – przedstawił olbrzyma Łukasz.
– Pewnie, Minbruk – roześmiał się ten drugi. – Przydek od bruku. Droge robili. Kamień nosiłem. Duży kamień. Ciężki kamień.
– Jak zobaczysz tą drogę to zrozumiesz – szepnął do mnie Łukasz. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam.
– A ja nazywam się Maelha, miło mi cię poznać.
Poczułam pyszny zapach mięsa ze środka i zaburczało mi w brzuchu. Nie sądziłam, że mogę być tutaj głodna. Olbrzym zauważył to i powiedział:
– Zapraszam, zaprszam. Kaer i Maelha. Ładne imie – zwrócił się do mnie. – Kamień jest taki. Maelhit. Miłość przynosi. Podobno.
– Podobno – odparł Łukasz zamyślony.
– Czasem przynosi. Ale jeść lepiej. Zapraszam. Dzika mam. Zjemy. Pogadamy. Powspominamy.
– Może lepiej nie – odpowiedział wyraźnie już smutny chłopak. – Ale zjem z ochotą.

Teraz już naprawdę ciekawiło mnie, kim była tamta dziewczyna.

Koniec części trzeciej.