W samotnym tramwaju
Na dróg rozstaju,
snują sie zjawy i nocne mary,
które żyjące sprawiają koszmary.
Ciemną nocą, spokojne jak ludzie,
siadają w tramwajach tu i owdzie.
Nie patrz na nich katem oka
inaczej spłynie z ciebie krwawa posoka.
Gdy zaś dojdzie do spotkania wzroku waszego,
wiedz ze to koniec istnienia wszelkiego,
z takiego tramwaju nie wyjdziesz cały,
pochłoną cie mary i ich ofiary.
~ Pani E ~

Jeszcze z rana nie spodziewałem się, że dzień skończy się w tak wspaniały sposób. Wstałem z łóżka i dokładnie go pościeliłem, następnie zrobiłem śniadanie – proste kanapki, w każdej znajdowało się dokładnie półtora plasterka sera i 2 plasterki szynki. Talerz od razu umyłem – nie potrafię znieść nieporządku. Wszystko musi być idealne. Nie ma miejsca na żadne niedociągnięcia. Niedokładnie poskładane ubrania, czy niedopasowany element wystroju irytował mnie mocno. Bardzo mocno. Szczególnie, gdy nie mogłem tego zmienić. Nigdy nie miałem przez to przyjaciół – na dłuższy czas nikt nie mógł ze mną wytrzymać. Nikt nie chciał też wysłuchiwać opowieści o moich najskrytszych pragnieniach – gwałtach i morderstwach, dlatego całe życie coraz mocniej zamykałem się w sobie, skrywałem się przed światem. W końcu inni ludzie nie byli mi do niczego potrzebni. Wolałem spędzać czas w samotności, niż z kimkolwiek.

Matka alkoholiczka nigdy nie zauważyła, że coś jest nie tak. Piła od śmierci ojca, czyli w zasadzie od kiedy pamiętam. Bo w zasadzie jego śmierć to pierwsza rzecz z swojego życia, którą pamiętam. Dla sześciolatka taki widok jest niemożliwy do zapomnienia. Tego dnia nic nie zapowiadało tragedii. Ciepły, słoneczny, październikowy poranek, ojciec ciął drzewo na opał, na zimę. Mieszkaliśmy wtedy na wsi tak bardzo oddalonej od cywilizacji, że nikt z ludzi, których potem poznałem, nie miał pojęcia, gdzie to może być. Do najbliższego miasta (swoją drogą niewielkiego, niecałe 14.000 mieszkańców), było 36 kilometrów. Raz w miesiącu pokonywaliśmy tą trasę by kupić potrzebne rzeczy i sprzedać to, co sami wyprodukowaliśmy – przede wszystkim mleko i miód. Nie było z tego wielkich pieniędzy, był to w zasadzie dodatek do tego, co ojciec zarabiał jako leśniczy i drwal – w końcu jedynymi rzeczami, których dookoła było pod dostatkiem, były drzewa. Las otaczał nasz dom w zasadzie z dwóch stron, z trzeciej był malowniczy widok na pola. I właśnie przez ten las wydarzyła się tragedia 14 października 2021 roku. Ojciec korzystając z piły spalinowej przycinał jedno z zwalonych przez wichury sprzed dwóch tygodni drzewa. Była to praca, którą wykonywał dosyć często, a ponieważLas drzewo znajdywało się tuż obok domu, bawiłem się w pobliżu. Co dokładnie się stało pamiętam jak przez mgłę – zajęty byłem czym innym, zwróciłem na niego uwagę dopiero, gdy usłyszałem bardzo głośny krzyk. Spojrzałem w jego stronę i zobaczyłem coś, co przez wiele lat później nawiedzało mnie w koszmarach sennych – ojca z oderwaną do połowy ręką, z której wystawała kość, a która reszty ciała trzymała się w zasadzie tylko na resztkach mięśni. Oraz krew. Pełno krwi. Czas stanął dla mnie w miejscu i nie wiem ile czasu dokładnie minęło, w każdym razie następne co pamiętam to jak biegłem w jego stronę krzycząc na zmianę „tate!” oraz „mame!”, niestety, byłem zbyt młody, by mogła mnie usłyszeć. Zresztą zanim zdążyłem do niego dobiec – już nie żył. Spojrzałem na niego ostatni raz i zobaczyłem widok, którego nigdy nie zapomniałem – częściowo oderwaną rękę, kość na wierzchu, a to wszystko we krwi. I oczywiście oczy ojca – bez życia wpatrzone w niebo nad nim. Ostatnie co pamiętam, to, że próbowałem do niego coś powiedzieć, nie do końca rozumiałem, że on może nie żyć. Był dla mnie najważniejszą osobą i największym autorytetem. Ostatnie słowa – „tate, obudź się, wstań..” mówiłem już do trupa.

Nie wiem, czy matka usłyszała krzyk ojca, mój płacz, czy raczej przybiegła targniona przeczuciem, ale nie pamiętam, żeby powiedziała chociaż słowo. Wiedziała, że on nie żyje, i płakała tak głośno, że wciąż jeszcze słyszę ten płacz w swojej głowie. Nigdy nie pozbierała się po tym wydarzeniu, i chociaż minęło już prawie 12 lat, ona tylko piła i piła, nie pamiętając, że ma syna. I chociaż potrzebowałem w tamtych latach pomocy, osoby, z którą mógłbym porozmawiać, nigdy jej nie uzyskałem. Musiałem sobie radzić sam (a w zasadzie nie radziłem sobie). Musieliśmy się wyprowadzić z naszego pięknego domu do brudnego i starego mieszkania, gdzieś w środku jeszcze brudniejszego miasta. Pieniądze ze sprzedaży posiadłości, które mieliśmy mogły wystarczyć na wiele lat, jednak nie na wieczność, szczególnie, że matka przepijała całe dnie, wyglądając coraz gorzej. Jakimś cudem nie wyleciałem ze szkoły – można powiedzieć, że właściwie dlatego, że oprócz czytania książek w bibliotece nie miałem nic innego do roboty. Przyjaciół, czy choćby kolegów nigdy nie miałem, nie potrafiłem rozmawiać z ludźmi, a komputer był zbyt wielkim wydatkiem dla rodzicielki-alkoholiczki. Na szczęście biblioteka szkolna była bardzo duża. Przeczytałem przez te lata właściwie wszystko, co dało się przeczytać – od romansów, których nie cierpiałem, przez książki naukowe, które nawet czasem mnie potrafiły zainteresować, aż po horrory, które uwielbiałem (bibliotekarka znała mnie dobrze i pozwalała mi czytać literaturę dla dorosłych na wiele lat przed moimi osiemnastymi urodzinami, pod warunkiem, że nikomu o tym nie powiedziałem, no a komu miałem powiedzieć?). Lubiłem czytać opisy scen, w których ludzie umierali, zostawali ranieni, czy torturowani. Nie zauważyłem, kiedy sam zacząłem pragnąć kogoś zabić.

TablicaAż do tego dnia, 27 kwietnia 2033 roku.

Poszedłem jak zwykle na zajęcia i usiadłem w pierwszym rzędzie. Dokładnie słuchałem i notowałem wszystko, co mówił profesor. Robiłem to raczej z przyzwyczajenia, wiele tych rzeczy już znałem z przeczytanych wcześniej książek, jednak Lubiłem czasem uzupełnić swoją wiedzę – w końcu nie wszystko dało się w łatwy sposób zrozumieć tylko z książek. Godziny na uczelni mijały szybko, zawsze przesiadywałem tam od rana, aż do wieczora, czasem późniejszego, czasem wcześniejszego. Nie miałem potrzeby wracania do mieszkania, w którym jedyne co mogło mnie spotkać, to pijana w sztok matka, oraz walające się wszędzie po podłodze butelki. Wolałem spędzić czas albo w bibliotece albo przechadzając się po okolicy. Budynek, w którym miałem większość zajęć znajdował się na uboczu miasta, i dalej znajdowały się przede wszystkim pola i lasy. Przypominało mi to wczesne lata dzieciństwa – czy raczej wyobrażenia o nim. Często chodząc po tych ścieżkach wyobrażałem sobie ojca obok mnie opowiadającego jakieś ciekawe historie, czy chociażby wyjaśniający różnice między poszczególnymi drzewami. Cokolwiek, byle z nim, byle żył.

Jednak nie żył, a ja nie potrafiłem w żaden sposób sprawić, by tamten dzień zniknął, by nigdy się nie wydarzył. I chociaż miałem w domu kilka fotografii ojca, szczęśliwego i uśmiechniętego, razem z żoną i synem, to pamiętałem go jedynie z tamtego momentu wpatrzonego w przestrzeń i całego zakrwawionego. Z czasem coraz bardziej przyzwyczajałem się do tego widoku, równocześnie zatracając swoje człowieczeństwo. Coraz bardziej zapominałem o pięknych rzeczach, zapominałem co to jest przyjaźń, zapominałem co to miłość, czy radość. Pozostawał we mnie tylko smutek, oraz z biegiem czasu coraz większa fascynacja morderstwami. W głębi ducha myślałem, że skoro ojciec nie może żyć, to dlaczego mają żyć inni? Dlaczego nie skrócić ich żywot? A wcześniej wykorzystać, na wszelkie możliwe sposoby. Być może gdybym miał przez te lata kogoś, z kim mógłbym porozmawiać, kto mógłby mnie wysłuchać, to byłbym inny, ale ja miałem tylko martwego ojca i matkę alkoholiczkę.

Było przed godziną dwudziestą, gdy wracałem do mieszkania. W tramwaju..Oprócz mnie w tramwaju była tylko jedna osoba. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że to jej ostatni raz, kiedy siedzi spokojnie wpatrzona za okno. Zamyślona. Czy o chłopaku, którego kochała, czy o pracy, której szukała – tego nikt nie wie, i nikt już się nie dowie. Powoli zbliżał się przedostatni przystanek, na którym miałem wysiadać i wtedy naszła mnie ta myśl – dlaczego nie spróbować dzisiaj? Dlaczego nie zrobić tego, sprawić, aby prosiła mnie, najpierw o uwolnienie, a potem doprowadzona do skrajnej rozpaczy i upokorzenia – do śmierci. Ochota na to naszła tak nagle, że nawet nie wiem, kiedy wstałem i udałem się w jej kierunku. W tym momencie ona również wstała. Podniosła swoje czekoladowe oczy i odgarnęła śliczne, kręcone, długie, czarne włosy. Popatrzyła na mnie, a ja natychmiast poczułem, że chcę czegoś innego, niż morderstwa. Chciałem ją mieć. Dziś, teraz, zaraz. Nigdy wcześniej nic takiego nie czułem. Pożądanie mieszało się w moich myślach z chęcią morderstwa. Uśmiechnąłem się. Paskudnie. Ona jednak nie zauważyła niebezpieczeństwa i odwzajemniła uśmiech. Śliczny. Najpiękniejszy na świecie. Już po chwili szliśmy razem, rozmawiając o wszystkim. Najwyraźniej wpadłem jej w oko. Okazało się, że mieszka całkiem niedaleko, jednak okłamałem ją, mówiąc, że mieszkamy w tym samym bloku. Zdziwiona odparła, że szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Naprawdę szkoda. Chwilę później byliśmy pod jej blokiem – otworzyła drzwi i wsiedliśmy do windy. Nacisnęła przycisk „8”. Najwyższe piętro. Nie był to najwyższy z bloków, obok znajdowały się 10-piętrowe, a osiedle dalej nawet wyższe, jednak mieszkanie na samej górze zawsze oznaczało, że miało się trochę lepiej, niż wszyscy dookoła – mieszkanie odrobinę większe, no i spory taras. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy powiedziała, że mieszka sama. Mnie natomiast zdziwiło, że nie zareagowała, gdy nie nacisnąłem żadnego przycisku. Czyżby się domyślała , co chcę zrobić? A może chciała tego? Chwilę później byliśmy na górze, a ona otwierała drzwi. Na chwilę jakby zapomniała, że jestem obok. Otwarła drzwi i przypomniała sobie, że się nie pożegnała a ja stoję za nią. Odwróciła się, jednak było już za późno. Podjąłem decyzje i nie miałem zamiaru jej zmieniać. Uderzyłem ją w brzuch i wepchnąłem do mieszkania. Widziałem, że musiałem trafić dobrze, bo nie umiała złapać oddechu, więc szybko przekroczyłem próg i zamknąłem za sobą drzwi. Pierwsze na co zwróciłem uwagę w środku to dziwny zapach, oraz wszechobecny bałagan. Nic tutaj nie było na miejscu. Uznałem, że po wszystkim trzeba będzie tu dokładnie posprzątać. Rozkojarzony nie zauważyłem, że kobieta pozbierała się i dałem się zaskoczyć uderzeniem od tyłu. Na chwilę zamroczyło mnie i postąpiłem kilka kroków do tyłu, wchodząc do jakiegoś pokoju. Zobaczyłem, że znowu atakuje, więc szybko odwinąłem się i jakimś cudem kolejny raz dobrze trawiłem w brzuch. Tym razem zobaczyłem, że aż oczy wyszły jej z orbit, przewróciła się do tyłu. Dało mi to dosyć czasu, aby podnieść leżącą na podłodze koszulkę i szybko zwijając ją, podejść do kobiety od tyłu i zakneblować ją. Próbowała się wyszarpać, jednak siedziałem na niej a przez dokładnie związane usta nie mogła nic wydusić z siebie. Wykręciłem jej ręce do tyłu i trzymając za nadgarstki nachyliłem się, mówiąc do niej: a teraz się zabawimy. Chwilę później podniosłem ją i zaniosłem do pokoju obok, kładąc na łóżko. Próbowała się jeszcze wyrwać, ale nie miała już szans. Częściowo związana była na mojej łasce, a w zasadzie to bardziej na niełasce. Przywiązałem jej ręce do łóżka i kolejny raz się paskudnie uśmiechnąłem. Zrozumiała, co za chwilę zrobię i popatrzyła z jeszcze większym przerażeniem, próbując się wyswobodzić. Nieskutecznie. Zauważyłem leżące obok nożyczki i uznałem, że można je wykorzystać. Wziąłem je do ręki i patrząc jej prosto w oczy zacząłem powoli rozcinać jej koszulkę od dołu. Przeciąłem całą, również ze stanikiem i odrzuciłem materiał na bok, na ramiona. Spojrzałem na jej piersi i aż westchnąłem z wrażenia. Były idealne, właśnie takie, jakie sobie wymarzyłem, duże i mięciutkie. Złapałem za jedną z piersi i ścisnąłem mocno, aż krzyknęła. Potem mocno ścisnąłem drugą. Po chwili zabawy postanowiłem, że ponownie użyje nożyczek. Złapałem ją za sterczący sutek i podciągnąłem go do góry, najmocniej jak potrafiłem a następnie przyłożyłem do niego nożyczki i zacząłem ciąć. Początkowo było ciężko, ale w końcu skóra ustąpiła i zobaczyłem lejącą się na piersi krew. To mi wystarczyło. Schyliłem się i zlizałem ją, lejącą się wolno po piersiach. Kobieta znowu zaczęła się wyrywać, jednak będąc przywiązana, nie mogła nic zrobić. Uśmiechnąłem się do niej ponownie i zacząłem rozcinać spodnie, dokładnie wzdłuż linii rozporka. Moglem go oczywiście rozpiąć, ale to dawało mi dużo więcej przyjemności. W końcu mogłem ujrzeć dokładnie wygoloną część ciała kobiety, na której widok od dawna czekałem. Nie chciałem jednak zaprzestać na samym patrzeniu i szybko pozbyłem się reszty jej spodni. A następnie pozbyłem się swoich. Kobieta z rezygnacją leżała już na łóżku, wiedząc, co za chwilę ją czeka. Trochę mnie to zdziwiło, oraz zmartwiło. Miałem nadzieję, że mimo wszystko trochę będzie stawiała opór. Spojrzałem na nią i zobaczyłem, że czeka na to, że chce, abym jej to zrobił. Zdenerwowała mnie tym, więcej, rozwścieczyła. Wziąłem do ręki leżące ciągle obok nożyczki i wbiłem je jej głęboko, tuż nad łechtaczką. Wyprężyła sie mocno i usiłowała krzyknąć, jednak knebel trzymał mocno. Zaśmiałem się i ubierając spodnie patrzyłem, jak krew spływa na jej pościel. Poszedłem rozejrzeć się po mieszkaniu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby się przydać. Czegoś łatwopalnego. Pierwszym, na co zwróciłem uwagę była kuchenka gazowa. Odkręciłem ją natychmiast. W lodówce stały dwie butelki wódki. Przypomniała mi się na chwilę matka i ze wstrętem zabrałem butelki, po czym poszedłem do łazienki i podnosząc pierwszy lepszy płyn, nie udało mi się domyślić, do czego miał służyć domyślnie, ale wystarczyło mi oznaczenie, że jest to materiał łatwopalny, by uznać go za odpowiedni. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć – w końcu ciągle ulatniał się gaz, a ja chciałem bezpiecznie wyjść z budynku. Wszedłem do pokoju i szybko odkręcając butelki wylałem wszystko na łóżko, na którym leżała wciąż jęcząca z bólu kobieta. Popatrzyłem jej w oczy ostatni raz i podpaliłem, po czym błyskawicznie wybiegłem z mieszkania. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu, ale rozsądek podpowiedział mi, że winda może nie działać w przypadku pożaru, więc zbiegałem szybko po schodach. Nie usłyszałem żadnego wybuchu ani nic, ale z dołu popatrzyłem na górne piętro budynku i zobaczyłem wydobywające się z okien płomienie. Powoli oddaliłem się w kierunku swojego mieszkania.

To był dobry dzień.