Od zawsze uważałem, że coś jest ze mną nie tak. Byłem inny od wszystkich – ubrany na czarno, bez znajomych, trzymałem się na uboczu.

Chociaż nie, nie zawsze tak było.

Kiedyś byłem inny. Towarzyski. Spotykałem się z wieloma ludźmi. Chodziłem na imprezy, sam je organizowałem.

Uwielbiałem tańczyć.

Jednak jak śpiewał Iron Maiden:

To this day I guess I’ll never know, just why they let me go,
But I’ll never go dancing no more, ’til I dance with the dead.

21 stycznia 2011 roku
Był mroźny, zimowy poranek. Stałem na przystanku, czekając na autobus. Zamarznięta szyba skutecznie przeszkadzała w dojrzeniu czegokolwiek, jednak z drugiej strony ostry, północny wiatr jeszcze skuteczniej powstrzymywał mnie przed wyjściem zza względnie bezpiecznej i chroniącej przed zimnej osłony, jakim był przystanek.Byłem jedynym pasażerem – nie było więcej chętnych, by w sobotni poranek wychodzić z domu, szczególnie w takiej dziurze, jak ta miejscowość niedaleko Lwowa. Na moje nieszczęście było coś, co mnie wyciągnęło – a była tym piękna dziewczyna, poznana kilka miesięcy wcześniej. Mieliśmy się dzisiaj spotkać, więc teraz stałem i marznąłem, czekając aż zbawczy autobus zabierze mnie daleko stąd. Niestety spóźniał się – nic dziwnego patrząc na pogodę. Mam tylko nadzieję, że przyjedzie – pomyślałem. Piętnaście minut później przyjechał w końcu i zabrał mnie w podróż. Miała potrwać przynajmniej dwie godziny, a w tym zimnie pewnie jeszcze więcej. Byłem jedynym pasażerem – co specjalnie mnie nie zdziwiło. Usiadłem przy oknie i dostrzegłem, a w zasadzie nie dostrzegłem, kolejny zadziwiający brak zdziwienia. Zamrożone szyby skutecznie odgradzały mnie od rzeczywistości. Słychać było tylko nasilający się wiatr i uderzający o autobus śnieg.
Włożyłem ręce do kieszeni i zasnąłem. Wtedy nie wiedziałem, że będzie to mój ostatni sen.

O wypadku nie wspomniano w żadnych mediach. Tylko dwie osoby zabite – kierowca i pasażer, nic ciekawego w tych dniach, gdy roiło się od wypadków.
Powiedziałem dwie osoby zabite?
Cóż – ja przeżyłem.

Obudziłem się dosłownie sekundę przed tym, jak poczułem mocne uderzenie, gdy autobus taranował barierkę odgradzającą szosę na moście, od przepaści poniżej. Uczucie bezwładności, a potem spadania. Bardzo głośne uderzenie i ciemność. Wszędzie dookoła. Nie istniało nic więcej, tylko ciemność i cisza. Nie czułem nic, nie wiedziałem co się stało, gdzie jestem. Chciałem się poruszyć, ale nie potrafiłem. Nie miałem czym poruszyć. Po czasie, który wydawał się nieskończonością, nagle rozbłysło światło, wszędzie dookoła pojawiła się biel. Poczułem chłód – leżałem na śniegu, wypadłem z spadającego autobusu, który teraz płonął kilkadziesiąt metrów niżej. Nie mogłem się poruszyć, nie czułem też bólu. Pewnie wyląduje na wózku, pomyślałem i przeraziłem się. Uwielbiałem sport, nie wyobrażałem sobie życia bez niego. Nagle zobaczyłem dziwną postać. Stała poniżej, nad wrakiem pojazdu, wpatrując się w niego. Bez ostrzeżenia odwróciła się i popatrzyła prosto we mnie. Z tej odległości nie mogłem zobaczyć szczegółów, jednak jej oczy było widać z daleka. Zamknąłem swoje, przerażony, chociaż nie wiedziałem czym – w końcu to mógł być ratunek. Otworzyłem je ponownie i ze zdumieniem odkryłem, że jest tuż obok, pochyla się nade mną. Trupioblada twarz, białe włosy, i te oczy. Niebieskie niczym niebo w słoneczny dzień, a równocześnie lodowate, niczym dwa sople lodu. Wyglądały jak dwa piękne, głębokie oceany, w których każdy utonie. I ja również zacząłem czuć, że tonę. Nikt nie mógł się im oprzeć. Wciągały coraz mocniej w siebie, wszystko dookoła przestawało istnieć, mieć jakiekolwiek znaczenie. Tylko pustka, dookoła, wszędzie. Pustka, ciemność i cisza. Jednak nagle, na ułamek sekundy, wydarzyło się coś dziwnego – zobaczyłem twarz dziewczyny. Tej, do której jechałem. Rzeczywistość wróciła do mnie tak nagle, że sam się przeraziłem. Istota nade mną odchyliła się na moment, zdziwiona. Nigdy do tej pory nikt jej nie oszukał w ten sposób. Bo nikt nie mógł. Nie dało się oszukać śmierci. Zamknęła oczy i nachyliła się, całując mnie mocno. Wiedziała dobrze, że tego żaden śmiertelnik nie będzie mógł znieść, że chłód przejmie jego ciało i pójdzie ślepo za nią – do krainy zmarłych.

Jednak ja już wtedy nie byłem śmiertelnikiem. Nie żyłem. Nie mogła mieć nade mną władzy, gdyż władała tylko nad tymi, którzy żyli. Wstałem i popatrzyłem na nią. Ona również wstała, zdziwiona. Popatrzyła na mnie i złapała mnie za rękę. Chłód wstrząsnął całym moim ciałem.
– Twoje ciało tu – powiedziała. – Ale ty daleko stąd. Pozwolę ci żyć, ale już nigdy jej nie spotkasz. Będę ci się przyglądać, będę stale przy tobie. Na wyciągnięcie ręki. Ale nie przyjdę. Obudzisz się daleko stąd, w swoim łóżku, ale to nie będzie twoje łóżko. Wspomnienia będą wydawały ci się tylko dziwnym snem, ale innych nie będziesz miał. Doprowadzę cię na skraj szaleństwa i niezrozumienia. Będziesz sam jeden, siedział i prosił, abym przyszła. A ja będę siedzieć obok, rozmawiać z tobą i śmiać się z tobą. Ale nie przyjdę. Nie zatańczymy. Dlatego, że mnie oszukałeś.

Idę ulicą i myślę: 
„To wchód… czego? 
Nie, nie słońca. 
To wschód mojego wspomnienia”.

Obudziłem się, zlany potem. Nie wiedziałem co się stało przed chwilą. Zakręciło mi się w głowie. Zbyt dużo myśli naraz. Straciłem przytomność.
Gdy otworzyłem oczy kolejny raz był już poranek. Dwa różne sny. Dwa różne życia. Głowa mnie bolała, nie potrafiłem odróżnić Rzeczywistości od Fałszu. Co zdarzyło się naprawdę? Nie umiałem powiedzieć. Kolejny zawrót głowy i napływ myśli spowodował, że zwymiotowałem. Obok łóżka. Po stanie podłogi widać było, że nie pierwszy raz dzisiaj. Było to ostatnie, co pamiętam z tego dnia. Następny raz, gdy otworzyłem oczy leżałem w szpitalu, podpięty do wielu urządzeń. Głowa nadal mnie bolała, jednak już teraz mniej. Popatrzyłem na zegar stojący obok łóżka – wskazywał na 22 września 2014 roku. Znowu straciłem przytomność.

Od tego wydarzenia minęły już dwa lata, jednak dopiero teraz umiałem to opisać. I chociaż wiem, że nikt nigdy tego nie przeczyta, to musiałem zostawić jakiś ślad po sobie. Po tym, że nie wiem, co jest prawdą, a co kłamstwem. Cały czas mam wrażenie, jakby ktoś mi coś odebrał, jakąś bardzo ważną cząstkę mnie, a następnie wrzucił do zupełnie innego mnie. Ostatnio coraz częściej leżę wieczorami myśląc o tym, ale równocześnie staram się o tym zapomnieć. Za kilka dni zaczynam ostatni rok pierwszego stopnia studiów. W końcu będę miał wykształcenie wyższe. Tym samym zamknę za sobą jakiś rozdział.

Zapisuje to, bo być może za dwadzieścia lat sam znajdę to i przypomni mi się, że to, to się dzieje, naprawdę nie istnieje. To nie jest moje prawdziwe życie.

Podpisano: I.


Znany również, jako pacjent numer I-621F szpitala psychiatrycznego w Krakowie. Zdiagnozowano: schizofrenie niezróżnicowaną.
Poniżej notatka lekarza prowadzącego: Wyraźna poprawia stanu psychicznego. Pacjent może nadal pozostać poza ośrodkiem. Nie ma potrzeby izolacji. Kontynuować obserwacje