Obudził się. Stracił rachubę czasu od wejścia do zamku. Siedział w jednej z wielu podziemnych sali znajdujących się w korytarzach pod ruinami. Czuł się dziwnie. Cały czas nie rozumiał wydarzeń ostatnich godzin. Próbował przypomnieć sobie, co naprawdę się wydarzyło. Wspomnienia były niewyraźne, jednak pewnych rzeczy był pewien.

Leżał patrząc w czerwień jej oczu. Bał się, a mimo wszystko nie mógł się poruszyć, chciał uciekać, a równocześnie chciał przy niej zostać. Wewnętrzna walka spowodowana strachem i pożądaniem. Uśmiechnęła się do niego szerzej, nachyliła się i pocałowała. Cały świat stanął w tym momencie w miejscu i zawirował. Nie liczyło się dla niego nic więcej oprócz ciepła jej ust.

Z następnych wydarzeń pamiętał tylko urywki. Po pocałunku stała się dla niego całym światem i zanim doszedł do siebie zorientował się, że prowadzi go poprzez labirynt korytarzy. Wiedział, że nigdy stąd sam nie byłby w stanie wyjść. W końcu doprowadziła go do sali, w której teraz siedział. Nie był zamknięty, więc nie mógł mówić, że jest więźniem, jednak nawet gdyby chciał wyjść to nie miał pojęcia, w którą stronę się kierować. Siedział więc przy sporym, drewnianym stole, koło którego stało kilka starych, jednak masywnych i dobrze zachowanych krzeseł. Poza tym w pomieszczeniu nie było nic więcej. Nie było nawet okna, jedynym źródłem światła były pochodnie przyczepione do ścian. Czuł się samotny, opuszczony i zdradzony.

W końcu usłyszał kroki na korytarzu. Zbliżała się, wiedział to. Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się. Wyglądała teraz normalnie, nie miała czerwonych oczu i bladej twarzy, jednak nie miała na sobie swojego stroju – była ubrana w długą, czarną suknie.
– Przepraszam, że tak to wyszło – powiedziała. – Ale gdybym ci po prostu wszystko opowiedziała, nie uwierzyłbyś. Wszystko zaczęło się dawno przed tym jak któreś z nas się urodziło


15 dzień po 2 drugiej pełni, rok 238 3. ery

Wiedziała, że umiera. Trafiła kosa na kamień, jak to mawiają ludzie. Miała na swoim koncie już 6 udanych morderstw, w większości przypadków przeciwnicy nawet nie potrafili się bronić.
Tym razem było inaczej.

Mężczyzna, który był celem spał. Podeszła bliżej i wyjęła powoli nóż. Bezdźwięcznie zbliżyła się do niego, powoli przystawiając ostrze do jego gardła. Gdy była bliziutko, tuż, tuż, zerwał się, łapiąc ją za nadgarstek, wyrywając nóż z dłoni. Zaskoczyło ją to i ułamek sekundy minął zanim pozbierała się na tyle, by sięgnąć drugą ręką po zapasowy nóż. Ten ułamek wystarczył, by poczuła, jak jego ostrze przebija skórę a następnie ból masakrowanych organów wewnętrznych. Puścił ją i osunęła się na ziemię. Spojrzała w dół i zobaczyła, jak krew wydostawała się szybko na ziemię z jej ciała. Wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu. Mężczyzna odwrócił się i patrzył przez okno w zamyśleniu. Sięgnęła pod koszulkę, znalazła go, swój naszyjnik, który otrzymała przed wieloma laty w wiosce. Miał pomóc jej w niebezpieczeństwach. Wyczuwała w nim magię, jednak nikt nie wiedział jak on działa. Spojrzała na niego. Niebieski kamień zatopiony częściowo w srebrze lśnił w blasku wschodzącego słońca. Nie miała dużo czasu, skupiła się na nim. Przypuszczała, że jest to możliwe, chociaż nigdy wcześniej nikomu się nie udało. Zakręciło się jej w głowie. Ostatnim co zobaczyła był zaskoczony wzrok mężczyzny, który odwrócił się na dźwięk huku.

O tajemniczym artefakcie zapomniano na wiele lat. Krążyły o nim legendy, jednak nikt go nie widział na własne oczy. Mówiło się o tajemniczej mocy, jaką miał posiadać, z czasem wyolbrzymiano pogłoski tak bardzo, że rzekomo miał dawać niemal boską moc.

W końcu został odnaleziony

7 dni przed końcem 3. ery, rok 538

Wybuch całkowicie zaskoczył Iridię. Jeszcze nigdy nie widziała takiej mocy uwolnionej w jednym momencie. Otrząsnęła się z pyłu, chociaż była już w sporej odległości od budynku to fala uderzeniowa przewróciła ją na ziemię, wstała i stwierdziła, że na szczęście nic się jej nie stało. Odwróciła się i zobaczyła, że z domu, w którym przed chwilą była, nie został kamień na kamieniu.
Przemierzała pustkowie w podróży do Sa’aldinu i takie domy, chodź były rzadkością, pozwalały przeżyć tą podróż. Ludzie tu mieszkający zajmowali się głównie uprawą roli, niekiedy również hodowali zwierzęta. Podróżnikom sprzedawali prowiant, pieniądze wydawali u przemierzających te tereny kupców, zmierzających z jednej krainy, do drugiej.
Iridia postanowiła zbadać ruiny. Podeszła bliżej i zauważyła, że większość ścian została wręcz stopiona. Od kilku dni słyszała o dziwnych wydarzeniach, zwiastujących nadejście nowej ery, jednak wątpiła w ich prawdziwość. W końcu miała dowód przed własnymi oczami. Weszła między rozrzucone kamienie, licząc na to, że może znajdzie coś cennego. W końcu jeśli nie ona, to zrobi to ktoś inny, a nie przypuszczała, żeby komuś ewentualne złoto przydałoby się bardziej, niż jej. Do celu pozostały już tylko 2 dni drogi, jednak zapasy, szczególnie złote monety, kurczył się zbyt szybko, bała się, że na miejscu będzie musiała od razu szukać pracy, zanim odpocznie po kilkunastu dniach podróży. Przeglądała pobieżnie ruiny, nie chciała stracić zbyt wiele czasu tutaj, jednak nic nie znalazła. Już miała wracać do przerwanej podróży, gdy między kamieniami dostrzegła, że coś odbija promienie słoneczne. Podeszła bliżej i dostrzegła mały, srebrny obiekt. Podniosła go i zachwyciła się pięknem jego wykonania. Niebieski kamień zatopiony w srebrze.
– Ślicznie wyglądałby na szyi – pomyślała. Dostrzegła, że jest w nim specjalne miejsce, w który można dać srebrną nić, niestety nie miała pod ręką nic odpowiedniego. Schowała go do sakiewki, którą zawsze miała przy sobie, z postanowieniem, że będzie to jej ostatnia deska ratunku i sprzeda go tylko, gdyby miała głodować.
Ruszyła w dalszą podróż.

2 dni później, okolice Sa’aldinu, stolicy Astarii

– W końcu dotarłam – powiedziała do siebie patrząc z góry na miasto. Na żywo wydawało się jeszcze piękniejsze. Białe budowle najstarszej części miasta – Gildii – lśniły w słońcu. Właśnie tam zmierzała, chociaż wątpiła, by została przyjęta. Legendarni wojownicy szkoleni byli tylko z najznamienniejszych rodów Astarii i chociaż zdarzało się, że przyjmowali człowieka „znikąd”, to wątpiła, by jej się to udało. Niemniej zamierzała spróbować. Popatrzyła jeszcze raz na rozległe miasto. Nawet stąd widać było podział na 3 dzielnice – Gildię, wraz z Pałacem Królewskim, znajdujące się w samym centrum i otoczone najwyższym murem, który zdawał się być tak wysoki, że wątpiła, by był jakikolwiek sposób wspięcia się na niego przez agresorów. W następnym kręgu znajdowała się dzielnica najbogatszych ludzi. Czerwone dachówki i białe ściany lśniły w słońcu, lecz nie prezentowały się aż tak wspaniale jak środkowy krąg. Najbardziej zewnętrzny krąg, otoczony „najgorszym” murem, który swoją drogą wciąż był bardzo ciężki do zdobycia, ten krąg był dzielnicą mieszczan. Tam mieszkali wszyscy rzemieślnicy, targi oraz rozrywki dla zwykłych ludzi. Biedota musiała mieszkać na zewnątrz. Każde miasto miało swoje ciemne strony i nawet Sa’aldin nie mógłby istnieć bez slumsów.
W końcu napatrzyła się i ruszyła w kierunku miasta, które miało zmienić całe jej życie.


Podobało się? Polub Ziarno Prawdy na facebooku

Nie czytałeś poprzednich części? Wszystkie na http://zp.dawid-izydor.pl